Autobus PKS-u trząsl się i skrzypial jakby lada moment mialo coś z niego odpaść, a on sam mialby się unieść w świetlaną przyszlość, socjalistycznej rzeczywistości.. Pasażerowie siedzący na wyślizganych ze starości, skajowych siedzeniach, podskakiwali na nich w rytm dziur w nawierzchni drogi i mijanych po drodze hasel. A mówiących o wyższości Socjalizmu nad resztą świata. Tylko zachodzące slońce, które wdzieralo się przez brudne szyby okien, oświetlalo od czasu do czasu ( mimo politycznych zapewnień ) jego ponure wnętrze.
Na jednym z tych wytartych do dziurawego polysku,.szarych, lawkowych siedzeń, siedzieli oni. Ona, wtulona nieomalże do przeniknięcia w jego piersi. Zaś znikające coraz bardziej za choryzontem, czerwone slońce. Oplatalo ich swoimi promieniami i tworzylo plomienną aureolę, wokól przelewającej się z ich dusz, milości.
- Dlaczego się we mnie tak wpatrujesz? – zapytal bardzo cicho. – Bo cię kocham – Odpowiedziala równie cicho. – Chcę zapamiętać twoją twarz na zawsze – Dodala po chwili szeptem.
Na zielonej, bardzo wygodnej, skórzanej kanapie siedzą oni. Ona i on. Przytuleni do siebie rozmyślają o tym co bylo. Trudno nie wspominać tamtych czasów. Od momentu kiedy wsiedli do tego cholernego, trzęsącego się autobusu, minęlo już trzydzieści siedem lat. A byla to jego pierwsza wyprawa do domu jej rodziców. Potem byly już tylko kolejne kamienie milowe w ich codziennym wspólnym życiu. Narodziny syna. Opuszczenie domu jej rodziców i wyprawa w prawdziwą samodzielność. Która okazala się pasmem codziennych życiowych nieporozumień a wynikających z odmienności interpretacji hasel czytanych na czerwonych transparentach i slyszanych w wieczornych dziennikach telewizyjnych. W tym życiowym rozgardiaszu między prawdą a propagandą, coraz częstszym zdarzalo się, zapominać o wlasnych marzeniach wyniesionych z wczesnej sztubackiej mlodości, zachowanych jedynie w indeksowych wpisach, kolokwialnych zaliczeń. Jednakże trudno bylo znależć, chociażby ślady recepturalnego zapisu, na bezkolizyjne przetrwanie glębokiej milości w ciasnocie pokoju. Wymieszanej z placzem (po urodzeniu się córki) dwójki malych dzieci.
Ona, walczyla niczym lwica z parszywością życia. Radzila sobie świetnie, z ciasnotą pokoju, z milością i z dwójką maleńkich dzieci. Chociaż, nieraz po kryjomu przed światem, stala przed oknem. Wpatrzona w niebo ronila lezkę pytając przy tym niebiosa. – Dlaczego to nie ja, wchodzę w butach w to zasrane życie? Tylko ono, atakuje mnie? niespodziewanie, z ukrycia. A na pytanie jak dlugo jeszcze? Nawet niebiosa nie byly w stanie odpowiedzieć. Jak dlugo trzeba walczyć z życiem, aby ono bylo nam posluszne. Mijające lata powodowaly nie tylko, wydoroślanie ich dzieci. ale przede wszystkim wzbogacaly ich doświadczenie. Za nimi zostala ziemia i czas zmagań z socjalistyczną rzeczywistością, oraz lata przetrwanego malżeństwa. Ona zawsze podkreśla z dumą, że to dzięki niej są tak dlugo razem. Bo jak powiada – kobieta jest przeznaczona do poświęceń, aby dla dobra dzieci ratować malżeństwo – Czyż on nie ma szczęścia mając ją przy sobie? I napewno dlatego tyle lat minęlo od jazdy autobusem, a oni stale są razem. Gdy tylko ma okazję, caluje jej dlonie i tuli ją do siebie. – Czy coś przeskrobaleś? – pyta go z przekory. – Nie. Dlaczego tak pytasz. Przecież wiesz że Cię kocham. – Wiem, wiem – odpowiada z zarozumialością – Ale kiedyś mnię nie kochaleś – dodaje z zaczepką w glosie.
Mimo wyboistej i dziurawej drogi, ich autobus nieustannie jedzie w tym samym kierunku. A oni, nie odliczają przystanków, które byly i są po drodze. Aby nie pamiętać o tym ostatnim, który jest jeszcze przed nimi.

Leave a comment
Comments feed for this article