<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	xmlns:georss="http://www.georss.org/georss" xmlns:geo="http://www.w3.org/2003/01/geo/wgs84_pos#" xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/"
	>

<channel>
	<title>Walterhofman`s Blog</title>
	<atom:link href="http://whofman.wordpress.com/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://whofman.wordpress.com</link>
	<description>poezja / poetry / proza / publicystyka / muzyka / nagrody</description>
	<lastBuildDate>Thu, 06 Jan 2011 20:53:14 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.com/</generator>
<cloud domain='whofman.wordpress.com' port='80' path='/?rsscloud=notify' registerProcedure='' protocol='http-post' />
<image>
		<url>http://1.gravatar.com/blavatar/de923b4d15b55ecda258dec29dd8d528?s=96&#038;d=http%3A%2F%2Fs2.wp.com%2Fi%2Fbuttonw-com.png</url>
		<title>Walterhofman`s Blog</title>
		<link>http://whofman.wordpress.com</link>
	</image>
	<atom:link rel="search" type="application/opensearchdescription+xml" href="http://whofman.wordpress.com/osd.xml" title="Walterhofman`s Blog" />
	<atom:link rel='hub' href='http://whofman.wordpress.com/?pushpress=hub'/>
		<item>
		<title>&#8220;Aniol Nad Naszym miastem&#8221;</title>
		<link>http://whofman.wordpress.com/2010/07/27/aniol-nad-naszym-miastem/</link>
		<comments>http://whofman.wordpress.com/2010/07/27/aniol-nad-naszym-miastem/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 27 Jul 2010 17:57:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Walter Hofman</dc:creator>
				<category><![CDATA[Poezja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://whofman.wordpress.com/?p=280</guid>
		<description><![CDATA[Nad miastem zawisl aniol. Skrzydla mial zwiazane - Linka czyichs tesknot. Wokol niego kraty Splecione z obietnic, Przyzeczen I wlasnych marzen Otulony blekitem - Podniebnego szlaku Ronil lzy gorace Jak iskry drewien, Ktore plona w piecu.<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=280&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nad miastem zawisl aniol.<br />
Skrzydla mial zwiazane -<br />
Linka czyichs tesknot.<br />
Wokol niego kraty<br />
Splecione z obietnic,<br />
Przyzeczen<br />
I wlasnych marzen<br />
Otulony blekitem -<br />
Podniebnego szlaku<br />
Ronil lzy gorace<br />
Jak iskry drewien,<br />
Ktore plona w piecu.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/whofman.wordpress.com/280/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/whofman.wordpress.com/280/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/whofman.wordpress.com/280/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/whofman.wordpress.com/280/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/whofman.wordpress.com/280/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/whofman.wordpress.com/280/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/whofman.wordpress.com/280/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/whofman.wordpress.com/280/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/whofman.wordpress.com/280/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/whofman.wordpress.com/280/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/whofman.wordpress.com/280/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/whofman.wordpress.com/280/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/whofman.wordpress.com/280/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/whofman.wordpress.com/280/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=280&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://whofman.wordpress.com/2010/07/27/aniol-nad-naszym-miastem/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="http://0.gravatar.com/avatar/6caa567a0817d38c793b77c34759373b?s=96&#38;d=identicon&#38;r=G" medium="image">
			<media:title type="html">whofman</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>&#8220;Zmowa Aniolów&#8221;</title>
		<link>http://whofman.wordpress.com/2009/04/05/zmowa-aniolow/</link>
		<comments>http://whofman.wordpress.com/2009/04/05/zmowa-aniolow/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 06 Apr 2009 01:18:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Walter Hofman</dc:creator>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://whofman.wordpress.com/?p=275</guid>
		<description><![CDATA[Barbara jest osobą sympatyczną, spokojną i glęboko religijną, ponadto od wielu już lat jest naszą przyjaciólką. Jej obecność w towarzystwie wprowadza atmosferę spokoju. Zaś jej cieply i nieco ochryply glos, nigdy nie prowokuje nikogo do podnoszenia wlasnego. Dlatego dyskusje w jej obecności nawet w tematach tych najbardziej rozpalających dyskutantów jak religia czy polityka, przebiegają spokojnie [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=275&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><!--[if gte mso 9]&gt;  Normal 0   false false false        MicrosoftInternetExplorer4  &lt;![endif]--><!--[if gte mso 9]&gt;   &lt;![endif]--> <strong><span style="font-family:&quot;" lang="PL"></span></strong></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-family:&quot;" lang="PL"> </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL">Barbara jest osobą sympatyczną, spokojną i glęboko religijną, ponadto od wielu już lat jest naszą przyjaciólką. Jej obecność w towarzystwie wprowadza atmosferę spokoju. Zaś jej cieply i nieco ochryply glos, nigdy nie prowokuje nikogo do podnoszenia wlasnego. Dlatego dyskusje w jej obecności nawet w tematach tych najbardziej rozpalających dyskutantów jak religia czy polityka, przebiegają spokojnie i rzeczowo. Ona sama zaś, w odpowiednim momencie potrafi przyznać rację czy też zgodzić się z kontrowersyjnym zdaniem. Wszyscy znajomi oraz ci, którzy chociaż raz zetknęli się z Basią, lubią ją ogromnie i cenią. Wiele też razy zdarza się jej slyszeć pochwaly charakteru pod wlasnym adresem.<span> </span>A ona jak na osobę niezwykle skromną przystalo, odpowiada cicho i z pokorą &#8211; Kochani, wszystko to co dobre we mnie, jest zaslugą Boga i moich rodziców.</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL"> </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL">Bylo niedzielne popoludnie.Siedzieliśmy z Basią przy pączkach i cherbacie, nagle ni z tąd ni z owąd przyszlo mi go glowy podjąć temat aniolów. Wlaściwie, temat świadectwa istnienia tychże aniolów. W pewnym momencie zapytalem Basi wprost &#8211; czy wierzysz w istnienie aniolów? &#8211; ona odpowiedziala bez zastanawianie się i z wielkim przekonaniem &#8211; Oczywiście. W tym momencie postanowilem przyprzeć ją do muru i odpowiedzialem &#8211; skoro jesteś taka pewna to napewno widzialaś jakiegoś? Bylem nieomalże pewny że jej odpowiedź będzie z rodzaju &#8211; nie, ale&#8230;.. Tymczasem Basia z wielkim spokojem i lagodnością pyta &#8211; czy aby wierzyć to koniecznie trzeba widzieć? &#8211; w tym momencie poczulem się wielce zawstydzony.Uświadomilem sobie że to wlaśnie ona wyciągnęla ze mnie slabość czlowieczą, jaką jest splycenie istnienia wiary do poziomu rzeczy fizycznie namacalnych. Tymczasem, Basia ignorując swoją przewagę nademną, rozpoczęla swoją opowieść.</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL"><span> </span></span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL"><span> </span>-<span> </span>Bylam malą dziewczynką i bardzo mocno wierzylam w Aniola Stróża. Każdego wieczoru klękalam przed obrazem, na którym Aniol przeprowadzal dwoje dzieci przez kladkę nad strumieniem. I prosilam<span> </span></span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL"> </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL"><span> </span>&#8221; Aniele Stróżu mój</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL"><span> </span>Ty zawsze przy mnie stój</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL"><span> </span>Rano, wieczór</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL"><span> </span>We dnie w nocy</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL"><span> </span>Bądź mi zawsze do pomocy&#8221;</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL"> </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL">Czy Aniol mnie wysluchiwal? Jestem pewna że tak. </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL">Mialam sześć, może siedem lat, mój tato bardzo często wracal późno z pracy do domu. Widywalam go coraz żadziej..A za to coraz częściej placzącą mamę. Wiedzialam że w domu dzieje się coś niedobrego. Wiele też razy późną nocą slyszalam podniesiony glos mamy, która mówila do ojca &#8211; Stefanku, i dla tej lafiryndy ty chcesz nas zostawić. Mnie i swoją najslodszą Basieńkę? &#8211; Boże.</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL">Zastonów się nad tym co robisz. Przecież ona cię nie kocha, a jeżeli nawet, to my dwie z Basią i tak kochamy cię mocniej. Wstawalam wówczs z lóżka i prosilam swojego Aniola &#8211; Aniolku kochany, zrób tak żeby mój tata byl zawsze ze mną i z mamą. Bardzo cię proszę. Ja tak bardzo kocham ciebie i tatę i mamę. Pomóż mi. </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL">Jeszcze Aniolku namów się z Aniolkiem mojego taty, żeby zawsze mial go w swojej opiece i mamę też.</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL">Tego wieczoru jak zwykle Stefan przyszedl do Jadźki w dobrym humorze, chociaż gdzieś glęboko w sobie, czul jakiś niepokój. Nie bylo to normalne przy spotkaniach z nią. Do tej pory czul się w jej towarzystwie bardzo dobrze i pewnie. Jedyne co nie lubil, to rozmawiać z Jadźką o Karolinie i ich córeczce Basi. W ostatnim czasie zauważyl w niej jakąś dziwną zmianę. Zmianę nie tyle w niej samej co w jej charakterze. Wlaściwie to poprostu poznawal jej charakter, a ten coraz mniej mu się podobal. Mimo że Jadźka byla wielce atrakcyjną i ladną kobietą to jednak zacząl w nim przemawiać rozsądek, a wszystko stalo się tak niespodziewanie i szybko, ze sam byl zdziwiony z przywar charakteru, które odkrywal. </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL">Jadziu, czy wiesz że Krystyna z Jurkiem się pobierają &#8211; zagadnąl ją &#8211; o, tak? Przecież on jest dzieciaty.- Odparla z pogardą w glosie.- Tak, ale Krystyna postanowila wychowywać Mariolkę i Zbyszka.- No wiesz co &#8211; Jadżka wykrzywila usta w dziwnym grymasie &#8211; Nigdy nie zrozumię ludzi, którzy dobrowolnie chcą wychowywać cudze bachory &#8211; wyurzucila z siebie. W tym momencie Stefan poczul na policzkach niesamowicie ostry ból, jak gdyby smagnięcie batem po twarzy. Ostrym krokiem skierowal sie prosto do drzwi wyjściowych, nic nie mówiąc wyszedl od niej bez slowa. Sam nieraz później próbowal zrozumieć, jak to się stalo że tak szybko i zdecydowanie rozstal się z Jadźką. Zresztą ona nigdy potem nie próbowala spotkać się z nim. Niektórzy znajomi powiadali że wyjechala, ale gdzie i dokąd nikt nie wiedzial. Zresztą, Stefana to akurat najmniej interesowalo. W ich domu ponownie zapanowal spokój i szczęście na bardzo dlugie lata. </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL">Barbara wydoroślala i nie pamiętala o przeżyciach jej i mamy.Ale mimo doroslości zawsze pamiętala o swojej modlitwie do Aniola Stróża. Po wyjściu za mąż wyjechala z rodzinnego miasteczka pozostawiając w nim rodziców. Jednakże w każde święta spotykali się wszyscy razem. Ona odwiedzala rodziców w Boże Narodzenie. Oni natomiast ją, w Swięta Wielkanocne. Nadeszly kolejne Sięta Wielkiej Nocy, Karolina i Stefan jak zwykle wyruszyli w swoją coroczną podróż do Barbary. Przed nimi bardzo daleka droga bo ok. pięćset kilometrów, co w ich wieku nie jest bez znaczenia, ale dodatkową nagrodą będzie wspanialy przejazd wysokim mostem w górach, nad wijącą się wstęgą rzeki. Po lewej stronie kierunku ich jazdy, wisial drugi most. Byl on oddalony okolo kilometra w dól rzeki. Oni jeszce nigdy nie jechali tamtym mostem, ilekroć dojeżdżali do rozwidlenia dróg, zawsze wybierali tą samą drogę i ten sam most. Trwalo to już wiele lat. Jednakże w tym roku Stefan postanowil inaczej. Wiesz Karolinko co sobie pomyślalem? &#8211; zwrócil się do niej &#8211; w tym roku będziemy przejeżdżać rzekę tym drugim mostem, dobrze? &#8211; Nie miala nic przeciwko temu. Sama miala wielką ochotę na przejażdżkę inną drogą. Na rozwidleniu pamiętali żeby wybrać drogę w lewo. Ich stary most wyglądal przepięknie. Podziwiali go po raz pierwszy z tego miejsca. Dziwili się że do tej pory nie jechali jeszce tą stroną. Dojeżdżali do szczytu mostu, z tamtąd byl już tylko lagodny zjazd w dól. Nagle uslyszeli ogromny huk. Poczuli w samochodzie lekie drżenie. Ich most, którym przez wiele lat pokonywali drogę do Barbary, zlamal się w pól jak zapalka. Zalzawione oczy nie pozwolily Stefanowi na dalszą jazdę. Musial zatrzymać się na poboczu, aby ochlonąć z tego co widzieli z Karoliną.</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL"> </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL">Barbara podniosla sluchawkę telefonu. Uslyszala w niej glos ojca, wystraszyla się. Byla pewna że coś się stalo. Kiedy jednak uslyszala relację ojca, odetchnęla z ulgą. Dziękując Bogu za Jego laskawość, nie zapomniala podziękować także swojemu Aniolowi Stróżowi<span> </span>za jego zmowę z Aniolami rodziców.</span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:9pt;font-family:&quot;" lang="PL">Barbara skończyla swoją opowieść glęboko zamyślona. Zrozumialem jakże glupie bylo moje pytanie. Bo przecież nie trzeba widzieć żeby uwierzyć.</span></p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/whofman.wordpress.com/275/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/whofman.wordpress.com/275/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/whofman.wordpress.com/275/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/whofman.wordpress.com/275/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/whofman.wordpress.com/275/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/whofman.wordpress.com/275/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/whofman.wordpress.com/275/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/whofman.wordpress.com/275/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/whofman.wordpress.com/275/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/whofman.wordpress.com/275/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/whofman.wordpress.com/275/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/whofman.wordpress.com/275/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/whofman.wordpress.com/275/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/whofman.wordpress.com/275/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=275&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://whofman.wordpress.com/2009/04/05/zmowa-aniolow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="http://0.gravatar.com/avatar/6caa567a0817d38c793b77c34759373b?s=96&#38;d=identicon&#38;r=G" medium="image">
			<media:title type="html">whofman</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Refleksja Wielkanocna</title>
		<link>http://whofman.wordpress.com/2009/04/03/refleksja-wielkanocna-2/</link>
		<comments>http://whofman.wordpress.com/2009/04/03/refleksja-wielkanocna-2/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 03 Apr 2009 11:37:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Walter Hofman</dc:creator>
				<category><![CDATA[Poezja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://whofman.wordpress.com/?p=271</guid>
		<description><![CDATA[Krążąc po kątach wymiatam śmieci Na których byłem wychowany. Myśli moje jak wêżowisko, W ruchomej masie szukam odpowiedzi. Czy znajdê drogê na tamtą stronê? W kogucim tañcu na jednej nodze Wtopiony w blachê wysokiej wieży. Targany wiatrem Który wyrósł z duszy mojej, Milczeniem szukam odpowiedzi. Czy znajdê drogê na tamtą stronê? Na zboczu stoku wśród [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=271&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Krążąc po kątach wymiatam śmieci<br />
Na których byłem wychowany.<br />
Myśli moje jak wêżowisko,<br />
W ruchomej masie szukam odpowiedzi.<br />
Czy znajdê drogê na tamtą stronê?</p>
<p>W kogucim tañcu na jednej nodze<br />
Wtopiony w blachê wysokiej wieży.<br />
Targany wiatrem<br />
Który wyrósł z duszy mojej,<br />
Milczeniem szukam odpowiedzi.<br />
Czy znajdê drogê na tamtą stronê?</p>
<p>Na zboczu stoku wśród malin<br />
Wśród jagód.<br />
Wśród traw zielonych<br />
Kwiecistych dywanów.<br />
Pasieka barci pszczół leśnych stoi.<br />
A ja, jak motyl<br />
Zagubiony w nadmiarze kolorów.<br />
W słoñcu szukam odpowiedzi.<br />
Czy znajdê drogê na tamtą stronê?</p>
<p>Stojê na zboczu<br />
Gdzie pszczół leśnych roje.<br />
Twarzą zwrócony ku Golgocie.<br />
Zapach życia w nozdrzach moich,<br />
Serce ogrzane promieniem miłości<br />
Który dotarł do mnie<br />
Boleścią ramion drewnianego krzyża.</p>
<p>Po jednej stronie pasieki, ja stojê.<br />
Po drugiej, zawieszony Pan Moj<br />
Czy mogê powiedzieæ ?<br />
Oto jestem.<br />
Znalazłem drogê na Twoją stronê,<br />
Znalazłem Panie ciebie ?</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/whofman.wordpress.com/271/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/whofman.wordpress.com/271/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/whofman.wordpress.com/271/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/whofman.wordpress.com/271/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/whofman.wordpress.com/271/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/whofman.wordpress.com/271/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/whofman.wordpress.com/271/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/whofman.wordpress.com/271/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/whofman.wordpress.com/271/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/whofman.wordpress.com/271/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/whofman.wordpress.com/271/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/whofman.wordpress.com/271/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/whofman.wordpress.com/271/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/whofman.wordpress.com/271/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=271&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://whofman.wordpress.com/2009/04/03/refleksja-wielkanocna-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="http://0.gravatar.com/avatar/6caa567a0817d38c793b77c34759373b?s=96&#38;d=identicon&#38;r=G" medium="image">
			<media:title type="html">whofman</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>„21: 37</title>
		<link>http://whofman.wordpress.com/2009/04/02/266/</link>
		<comments>http://whofman.wordpress.com/2009/04/02/266/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 03 Apr 2009 02:48:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Walter Hofman</dc:creator>
				<category><![CDATA[Poezja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://whofman.wordpress.com/2009/04/02/266/</guid>
		<description><![CDATA[Śmierć zabrała mędrca tego Który zbudował Ścieżki, drogi i aleje By mógł wędrować po nich człowiek Zbierając - Wśród przydrożnych kwiatów Pyłki miłości, wiary i nadzieji On był i będzie Miłością narodu Orędownikiem kraju z nad Wisły Gdzie mądrość mędrca z Watykanu Przeniosła kraj ten W wymiar wolności, inny Od tamtej pory wędrowałeś Ojcze naszego [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=266&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="left"><strong><span style="font-family:Verdana;color:#800080;font-size:x-small;"><a name="21: 37"><br />
</a></span></strong></p>
<p>Śmierć zabrała mędrca tego<br />
Który zbudował<br />
Ścieżki, drogi i aleje<br />
By mógł wędrować po nich człowiek<br />
Zbierając -<br />
Wśród przydrożnych kwiatów<br />
Pyłki miłości, wiary i nadzieji</p>
<p>On był i będzie<br />
Miłością narodu<br />
Orędownikiem kraju z nad Wisły<br />
Gdzie mądrość mędrca z Watykanu<br />
Przeniosła kraj ten<br />
W wymiar wolności, inny</p>
<p>Od tamtej pory wędrowałeś<br />
Ojcze naszego narodu<br />
Przez morza, kraje<br />
Których ja nie poznałem<br />
A Ty<br />
Rozpościerałeś ręce swoje<br />
Otwierałeś dłonie<br />
Nad oceanami głów ludzi<br />
Którzy ufali Tobie<br />
I Najjaśniejszemu w niebie Panu</p>
<p>Teraz -<br />
Pozostawiłeś barkę swoją<br />
By pójść za wzrokiem Pana<br />
I stanąć w jednym szeregu<br />
W zastępie świętych<br />
U boku Jego<br />
Ty, ratowałeś serca nasze<br />
Tak wiele ich poszło za Tobą<br />
Spójrz raz jeszcze na barkę<br />
I sieci, które zostały na brzegu</p>
<p>Żegnaj nam Ojcze, Przyjacielu<br />
Żegnaj &#8211; Pielgrzymie Pokoju&#8230;..</p>
<p>&#8211;Walter Hofman 4/3/2005</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/whofman.wordpress.com/266/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/whofman.wordpress.com/266/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/whofman.wordpress.com/266/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/whofman.wordpress.com/266/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/whofman.wordpress.com/266/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/whofman.wordpress.com/266/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/whofman.wordpress.com/266/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/whofman.wordpress.com/266/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/whofman.wordpress.com/266/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/whofman.wordpress.com/266/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/whofman.wordpress.com/266/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/whofman.wordpress.com/266/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/whofman.wordpress.com/266/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/whofman.wordpress.com/266/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=266&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://whofman.wordpress.com/2009/04/02/266/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="http://0.gravatar.com/avatar/6caa567a0817d38c793b77c34759373b?s=96&#38;d=identicon&#38;r=G" medium="image">
			<media:title type="html">whofman</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>&#8220;Autobus&#8221;</title>
		<link>http://whofman.wordpress.com/2009/04/01/autobus/</link>
		<comments>http://whofman.wordpress.com/2009/04/01/autobus/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 02 Apr 2009 01:26:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Walter Hofman</dc:creator>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://whofman.wordpress.com/?p=262</guid>
		<description><![CDATA[Autobus PKS-u trząsl się i skrzypial jakby lada moment mialo coś z niego odpaść, a on sam mialby się unieść w świetlaną przyszlość, socjalistycznej rzeczywistości.. Pasażerowie siedzący na wyślizganych ze starości, skajowych siedzeniach, podskakiwali na nich w rytm dziur w nawierzchni drogi i mijanych po drodze hasel. A mówiących o wyższości Socjalizmu nad resztą świata. [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=262&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Autobus PKS-u trząsl się i skrzypial jakby lada moment mialo coś z niego odpaść, a on sam mialby się unieść w świetlaną przyszlość, socjalistycznej rzeczywistości.. Pasażerowie siedzący na wyślizganych ze starości, skajowych siedzeniach, podskakiwali na nich w rytm dziur w nawierzchni drogi i mijanych po drodze hasel. A mówiących o wyższości Socjalizmu nad resztą świata. Tylko zachodzące slońce, które wdzieralo się przez brudne szyby okien, oświetlalo od czasu do czasu ( mimo politycznych zapewnień ) jego ponure wnętrze.<br />
Na jednym z tych wytartych do dziurawego polysku,.szarych, lawkowych siedzeń, siedzieli oni. Ona, wtulona nieomalże do przeniknięcia w jego piersi. Zaś znikające coraz bardziej za choryzontem, czerwone slońce. Oplatalo ich swoimi promieniami i tworzylo plomienną aureolę, wokól przelewającej się z ich dusz, milości.<br />
- Dlaczego się we mnie tak wpatrujesz? &#8211; zapytal bardzo cicho. &#8211; Bo cię kocham &#8211; Odpowiedziala równie cicho. &#8211; Chcę zapamiętać twoją twarz na zawsze &#8211; Dodala po chwili szeptem.</p>
<p>Na zielonej, bardzo wygodnej, skórzanej kanapie siedzą oni. Ona i on. Przytuleni do siebie rozmyślają o tym co bylo. Trudno nie wspominać tamtych czasów. Od momentu kiedy wsiedli do tego cholernego, trzęsącego się autobusu, minęlo już trzydzieści siedem lat. A byla to jego pierwsza wyprawa do domu jej rodziców.  Potem byly już tylko kolejne kamienie milowe w ich codziennym wspólnym życiu. Narodziny syna. Opuszczenie domu jej rodziców i wyprawa w prawdziwą samodzielność. Która okazala się pasmem codziennych życiowych nieporozumień a wynikających z odmienności interpretacji hasel czytanych na czerwonych transparentach i slyszanych w wieczornych dziennikach telewizyjnych. W tym życiowym rozgardiaszu między prawdą a propagandą, coraz częstszym zdarzalo się, zapominać o wlasnych marzeniach wyniesionych z wczesnej sztubackiej mlodości, zachowanych jedynie w indeksowych  wpisach, kolokwialnych zaliczeń. Jednakże trudno bylo znależć, chociażby ślady recepturalnego zapisu, na bezkolizyjne przetrwanie glębokiej milości w ciasnocie pokoju. Wymieszanej z placzem (po urodzeniu się córki) dwójki malych dzieci.<br />
Ona, walczyla niczym lwica z parszywością życia. Radzila sobie świetnie, z ciasnotą pokoju, z milością i z dwójką maleńkich dzieci. Chociaż, nieraz po kryjomu przed światem, stala przed oknem. Wpatrzona w niebo ronila lezkę pytając przy tym niebiosa. &#8211; Dlaczego to nie ja, wchodzę w butach w to zasrane życie? Tylko ono, atakuje mnie? niespodziewanie, z ukrycia. A na pytanie jak dlugo jeszcze? Nawet niebiosa nie byly w stanie odpowiedzieć. Jak dlugo trzeba walczyć z życiem, aby ono bylo nam posluszne. Mijające lata powodowaly nie tylko, wydoroślanie ich dzieci. ale przede wszystkim wzbogacaly ich doświadczenie. Za nimi zostala ziemia i czas zmagań z socjalistyczną rzeczywistością, oraz lata przetrwanego malżeństwa. Ona zawsze podkreśla z dumą, że to dzięki niej są tak dlugo razem. Bo jak powiada &#8211; kobieta jest przeznaczona do poświęceń, aby dla dobra dzieci ratować malżeństwo &#8211; Czyż on nie ma szczęścia mając ją przy sobie? I napewno dlatego tyle lat minęlo od jazdy autobusem, a oni stale są razem. Gdy tylko ma okazję, caluje jej dlonie i tuli ją do siebie. &#8211; Czy coś przeskrobaleś? &#8211; pyta go z przekory. &#8211; Nie. Dlaczego tak pytasz. Przecież wiesz że Cię kocham. &#8211;  Wiem, wiem &#8211; odpowiada z zarozumialością &#8211; Ale kiedyś mnię nie kochaleś &#8211; dodaje z zaczepką w glosie.<br />
Mimo wyboistej i dziurawej drogi, ich autobus nieustannie jedzie w tym samym kierunku. A oni, nie odliczają przystanków, które byly i są  po drodze. Aby nie pamiętać o tym ostatnim, który jest jeszcze przed nimi.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/whofman.wordpress.com/262/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/whofman.wordpress.com/262/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/whofman.wordpress.com/262/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/whofman.wordpress.com/262/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/whofman.wordpress.com/262/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/whofman.wordpress.com/262/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/whofman.wordpress.com/262/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/whofman.wordpress.com/262/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/whofman.wordpress.com/262/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/whofman.wordpress.com/262/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/whofman.wordpress.com/262/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/whofman.wordpress.com/262/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/whofman.wordpress.com/262/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/whofman.wordpress.com/262/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=262&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://whofman.wordpress.com/2009/04/01/autobus/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="http://0.gravatar.com/avatar/6caa567a0817d38c793b77c34759373b?s=96&#38;d=identicon&#38;r=G" medium="image">
			<media:title type="html">whofman</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>&#8220;Ameryka, Ameryka&#8221; (Historia Pisana Życiem)</title>
		<link>http://whofman.wordpress.com/2009/03/29/ameryka-ameryka-historia-pisana-zyciem/</link>
		<comments>http://whofman.wordpress.com/2009/03/29/ameryka-ameryka-historia-pisana-zyciem/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 29 Mar 2009 22:32:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Walter Hofman</dc:creator>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://whofman.wordpress.com/?p=255</guid>
		<description><![CDATA[Po kilku perturbacjach z podwoziem i kolejnym podchodzeniu do lądowania, samolot PLL Lot TU-134 wylądował wreszcie szczęśliwie, na płycie lotniska we Frankfurcie nad Menem. Trudno ukryć fakt, że wraz z kolegą &#8211; z którym przebrnęliśmy przez dwa obozy internowania &#8211; kłopoty starej i wyeksploatowanej radzieckiej maszyny uznaliśmy nieomalże za zamach na nasze i naszych rodzin [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=255&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Po kilku perturbacjach z podwoziem i kolejnym podchodzeniu do lądowania, samolot PLL Lot TU-134 wylądował wreszcie szczęśliwie, na płycie lotniska we Frankfurcie nad Menem. Trudno ukryć fakt, że wraz z kolegą &#8211; z którym przebrnęliśmy przez dwa obozy internowania &#8211; kłopoty starej i wyeksploatowanej radzieckiej maszyny uznaliśmy nieomalże za zamach na nasze i naszych rodzin życie. Bo jakże by to mogło być inaczej, skoro na pokładzie tego samego samolotu, znalazło się dwóch polityczno-związkowych watażków z tego samego miasta. Nasza próżność i zadufanie we własną &#8220;najważniejszość&#8221; po prostu nie miała granic.<br />
Na lotnisku czekał na nas człowiek, który reprezentował niemiecko-amerykańskiego organizatora, naszej emigracyjnej drogi. Pan Adamus, był Polakiem zamieszkałym od kilku lat w Niemczech i zajmował się właśnie transportem tejże solidarnościowej emigracji &#8211; z lotniska we Frankfurcie do Bad Soden &#8211; Salmunster. To małe miasteczko położone 80 km na południe od Frankfurtu, gdzie w hoteliku o nazwie Vitagena, (Kurheim Vitagena) znajdowała się baza przerzutowa do Stanów Zjednoczonych.<br />
Zetknęło się tam ze sobą wielu z tych &#8220;najważniejszych&#8221;, których łączyły te same cele więzienne, sale obrad związkowych bądź komitety strajkowe. Niejednokrotnie, przysłuchując się ich rozmowom, można było odnieść wrażenie że ich życie zamknęło się na etapie minionych dwóch lat, że poza działalnością w związkach zawodowych bądź w opozycji politycznej, w ich życiu nic się nie działo i nie będzie się dziać. Gdy zapytałem jednego ze znajomych: &#8220;co będziemy robić w tej Ameryce?&#8221;, on odpowiedział bez wahania &#8211; jak to co?, będziemy zawodowymi antykomunistami. Dzisiaj nazwałbym to syndromem działacza, chorobą która bardzo poważnie utrudnia normalne życie.<br />
Bad Soden &#8211; Salmunster, typowe niemieckie miasteczko, właściwie dwa przylegające do siebie miasteczka. Z przerażająco czystymi uliczkami i kolorowymi fasadami domów. Przytulnymi sklepami i restauracjami. Jego mieszkańcy, odnoszący się z wielką sympatią i ogromnym zrozumieniem do polskich lokatorów Kurheim Vitagena. Niestety, nie w jeden późny wieczór, gdy byli świadkami co najmniej głośnych zachowań w miejskim parku. Co potwierdzało fakt, iż te wschodnio-europejskie nawyki i przyzwyczajenia w żaden sposób nie mogły się dopasować, do zachodnio-europejskiej kultury i obyczajowości. A polityczno-związkowa &#8220;najważniejszość&#8221; rozmywała się w wypitych litrach, najtańszego &#8220;sikacza&#8221; i piwa.<br />
Wyrozumiałość i sympatia do nas, budziła we mnie nieodparte wrażenie że jesteśmy traktowani jak maskotki, wschodnio-europejskich zmian społeczno-politycznych i stanu wojennego w Polsce. A może sympatia ta wynikała ze świadomości iż nikt z nas tam nie pozostanie, że z nimi jesteśmy jedynie przejazdem w naszej drodze do amerykańskiej szczęśliwości, o czym wiedzieli wszyscy mieszkańcy tego miasteczka. U wielu z nas, funkcjonujący tam ład i porządek, budował w podświadomości i wyobraźni praktyczny obraz zachodnio-europejskiej kultury i cywilizacji. Budował wizję wolnego świata. A przecież, w naszej opinii był to zaledwie przedsionek tego świata.<br />
23 listopada 1982 roku, wraz z dwudziestoma trzema innymi rodzinami, pożegnaliśmy Vitagenę, Bad Soden &#8211; Salmunster i Europę, aby po ośmiu godzinach lotu wylądować na Nowojorskim lotnisku J.F.Kenedy?ego. Wiedzieliśmy już, że sponsorem naszej rodziny jest organizacja z Filadelfii i to jest nasz punkt docelowy. Ale przedtem był punkt odprawy celnej, gdzie nikt nie wykazywał najmniejszego dla nas wyrozumienia, a o traktowaniu nas jako politycznych maskotek nie było mowy. Ameryka powitała nas ogromem, który był dla nas tak obcy, że automatycznie poczuliśmy się zagubieni i obco. Już samo lotnisko, przygniotło nasze imigranckie samopoczucie. Ale niewątpliwie, pogłębiło wartość jedności związku rodzinnego. Zaś po głowie kołatało się pytanie: jaka dla nas będziesz, Ameryko?<br />
Filadelfia przywitała nas powodzią świateł. Było to coś, czego nie widzieliśmy dotychczas. Takie obrazki, można było jedynie zobaczyć na amerykańskich filmach. Jadąc taksówką z lotniska, autostradą I-95 na północ w stronę Port Richmond, czułem się niczym bohater filmu podróżniczego Tony Halika. Po prawej stronie ogromna rzeka z milionem świateł na jej brzegach, zaś po lewej stronie wspaniałe drapacze chmur. Niczym płonące pochodnie zatopione w świetle reklam i setek oświetlonych okien, przyprawiały o zawrót głowy i wstrzymanie oddechu. I znów, wszelkie myśli wypierało jedno pytanie: czy życie tutaj, będzie tak piękne i fascynujące jak te widoki mijane po drodze?<br />
Dotarliśmy do celu. Bardzo ciemna i ciasna uliczka, z zaparkowanymi autami po obu jej stronach. Mietek (to jeden z dwóch mężczyzn odbierających nas z lotniska) idąc przodem wprowadził nas do domu, a orszak zamykał dziwny, milczący, niewielki człowieczek z plecakiem na plecach i o wyraźnie azjatyckich rysach. Mietek mieszkał w tym właśnie domu wraz z córką, oczekując na przyjazd swojej żony. Dotarł on do Filadelfii dzięki tej samej organizacji sponsorskiej, dzięki której i myśmy się tutaj znaleźli. Był imigrantem tej samej maści co i my, a więc o tym samym antysojalistycznym rodowodzie.<br />
Natomiast człowiek z plecakiem, miał na imię Wang pochodził z Kambodży i był przedstawicielem sponsora. International Service Center, jak sama nazwa wskazuje była organizacją międzynarodową ze szczególnym profilem geograficznym, uwzględniającym przede wszystkim opiekę nad imigracją azjatycką. Zresztą przez długie lata mieliśmy zabawne wspomnienie w związku z tą organizacją. Otóż, każdy z przybywających pod ich opiekę, otrzymywał dziesięciofuntowy worek ryżu, co dla Polaków przybywających do Stanów Zjednoczonych stanowiło wielce zabawną i humorystyczną sytuację.<br />
Pierwszy amerykański poranek, zakłócił nam piskliwy głos Wanga, którego azjatycka angielszczyzna przelewała się nieomalże po całym domu, zrywając nas na równe nogi. Przyjechał, aby zabrać nas do siedziby organizacji sponsorskiej, która mieściła się w centrum Filadelfii, nie bacząc na nasze zmęczenie wynikające nie tylko z różnicy czasu, ale chyba przede wszystkim z marnie przespanej nocy. A wszystko przez syreny aut pogotowia ratunkowego, policji bądź straży pożarnej, które nieustannie rozdzierały tę nocną ciszę, co wprawiało w ogólną nerwowość całą naszą rodzinę, szczególnie mnie, po moich więzienno-obozowych doświadczeniach.<br />
Po półgodzinnych przygotowaniach byliśmy gotowi do wyjścia z domu. Wychodziliśmy gotowi do powitania &#8211; w promieniach porannego słońca &#8211; naszego nowego życia. Gotowi do powitania amerykańskiego porządku społecznego, po którym tak wiele sobie obiecywaliśmy. Gdy wyszliśmy na ulicę, runęła nagle potęga świata, zbudowana na wrażeniach estetycznych wyniesionych z małego niemieckiego miasteczka. To był szok. To był upadek misternie lepionych wartości. Przed nami hałdy czarnych worków, pełnych śmieci. Chodniki pełne fruwających strzępów gazet. Brud polskich ulic był niczym w porównaniu z tą filadelfijską rzeczywistością. Nasza wędrówka do kolejki miejskiej, zmieniła wiele moich poglądów na różne sprawy. Był to jednakże dzień wywozu śmieci w naszej dzielnicy, a po każdym takim dniu, przychodzą inne. Te czyściejsze i jaśniejsze.<br />
Pierwsze dwa, trzy tygodnie naszej bytności w Filadelfii, to nieustanne, codzienne wędrówki do centrum Filadelfii, na Sprus Street, gdzie mieściła się siedziba organizacji sponsorskiej. To także codzienne spotkania z Polakami mieszkającymi w tej dzielnicy, którzy śpieszyli nam z różnoraką pomocą. Od drobnych, a dotyczących codziennego życia porad, aż do znaczących darowizn, typu meble czy samochód. I byłoby zbrodnią, a co najmniej wielką niesprawiedliwością powiedzieć, iż jesteśmy grupą etniczną, która nie chce lub nie potrafi wzajemnie sobie pomóc&#8230;<br />
[powrót] </p>
<p>Ameryka, Ameryka&#8221; (Historia pisana życiem) &#8211; część 2.<br />
My mogliśmy pozostać w tym mieszkaniu z dwóch zasadniczych przyczyn: 1) czynsz za mieszkanie mieliśmy opłacony przez naszego sponsora, na miesiąc z góry 2) zasiłek rządowy, który otrzymaliśmy (również za sprawą naszego sponsora), był w miarę wystarczający na pokrycie czynszu, za to właśnie mieszkanie.<br />
Kalkulacja wysokości zasiłku, była oparta o ilość członków rodziny (w naszym przypadku cztery osoby, zaś w przypadku Mietka zaledwie dwie osoby) w związku z czym był on przegrany już na starcie.<br />
Niewątpliwie zasiłek ten był w tym okresie, wspaniałym darem na przetrwanie, ale jednocześnie było to coś wielce dla nas żenującego. Coś, upadlającego naszą dumę i godność człowieka. Przecież to właśnie w imię tej dumy i godności, występowaliśmy przeciwko istniejącemu wówczas systemowi społeczno-politycznemu w naszym kraju.<br />
Toteż za każdym razem kiedy przyszło płacić w sklepie spożywczym, bonami żywnościowymi, tzw. foodstamp`s, wydawało nam się, że wszyscy obecni w sklepie patrzą w naszą stronę, pokazując sobie, nas palcami. Byliśmy w tym momencie gotowi rzucić wszystko i uciec, uciec gdzie pieprz rośnie z wewnętrznym postanowieniem podjęcia jakiejkolwiek pracy.<br />
Jednakże postanowienie postanowieniem, a rzeczywistość toczyła się dalej. Nie mieliśmy zamiaru podejmować jakiejkolwiek pracy za wszelką cenę. Czego nie mogło zrozumieć wielu z naszych znajomych rodaków. Kiedyś przyszedł do nas znajomy, z tzw. powojennej emigracji politycznej &#8211; emigrację tę stanowili byli żołnierze AK, Batalionów Chłopskich, bądź antykomunistycznych ugrupowań zbrojnych.<br />
To właśnie ludzie z tej emigracji, byli dla nas (imigrantów solidarnościowych) niezmiernie przychylni. Widzieli w nas kontynuatorów swoich niespełnionych marzeń i idei. Traktowali nas jak młodszych kolegów z tej samej linii frontu. W większości, byliśmy pokoleniem dzieci &#8220;Kolumbów&#8221;. Dzieci, które znały marzenia i dążenia swoich rodziców.<br />
I właśnie tenże znajomy, zaproponował mojej żonie pracę. Miała to być opieka nad chorym, zniedołężniałym starcem, przez cały tydzień za wyjątkiem niedzieli. Praca niewątpliwie kusząca dla osoby samotnej, przebywającej w Stanach Zjednoczonych na wakacjach, bądź tymczasowo. Ale my, przecież mieliśmy dwójkę dzieci chodzących już do szkoły, a dzieci potrzebowały nas obojga przez okrągły tydzień. Odmówiliśmy. Znajomemu oczywiście trudno było zrozumieć motywy naszej odmowy. Uznał że widocznie wolimy siedzieć na zasiłku. Sprawiło nam to podwójną przykrość.<br />
Teraz po latach pobytu tutaj rozumiem, że ludzie ci przez długie lata nie mieli styczności z nieomalże masową emigracją przybywającą do Stanów Zjednoczonych na zasadach legalności. Toteż z reguły próbowali znaleźć nam tzw. pracę pod stołem, czyli płatną nielegalnie. Nie przyjmowali do swojej świadomości, że większość naszej emigracji, to ludzie wykształceni, posiadający zawody. Ludzie, którzy przyjechali do tego kraju na pobyt stały, wiążąc swoją przyszłość z tym krajem.<br />
To prawda, że wiele posiadanych przez nas zawodów nijak się miało do amerykańskiej rzeczywistości. Ale wcale też nie znaczyło, że nasze zawodowe przekwalifikowywanie się, będzie miało kierunek zawodów hołubionych, wśród tzw. emigracji nielegalnej. Byliśmy, po prostu grupą ludzi inaczej myślących. Zaś kierunki zawodowych przekwalifikowań, nie miały charakteru grupowych tendencji. Wszystko uzależnione było od trzech zasadniczych kwestii. A więc: wieku, ambicji i zasobów finansowych.<br />
O ile pułap zasobów finansowych na starcie mieliśmy wszyscy mniej więcej równy, o tyle dwie pozostałe kwestie, czyli wiek i ambicje, w wielu przypadkach zasadniczo się różniły. Co nie było bez znaczenia przy wytaczaniu kolein naszego amerykańskiego życia przez los.<br />
Ja sam wraz z rodziną, mieszkałem w Filadelfii jeszcze przez pięć lat, tj. do roku 1987. W tym właśnie roku przenieśliśmy się do najmniejszego stanu USA, na przeuroczy półwysep Delmarva. Większość z moich solidarnościowych przyjaciół, których stan wojenny przygnał do Filadelfii, a z którymi wspólnie przez kilka lat działaliśmy w naszej solidarnościowej organizacji &#8220;Solidarity On Exile&#8221;, mieszka również poza Filadelfią. W większości mieszkając po drugiej stronie rzeki Delaware (która mnie tak urzekła, w pierwszy amerykański wieczór), co niewątpliwie świadczy o ich życiowej stabilizacji. W moim przypadku, oprócz stabilizacji życiowej posiadam również, bogactwo spokoju umysłu i ducha, co jest moim największym amerykańskim osiągnięciem.<br />
(&#8230;)<br />
Z Andrzejem poznałem się jeszcze w kraju, był to rok 1980, może 1981.Działaliśmy wówczas w partiach o tej samej orientacji politycznej, co też było okazją do poznania się. Spotkaliśmy się raz, może dwa razy. Kiedy wprowadzono stan wojenny byliśmy osadzeni w różnych więzieniach i nie było już okazji aby się spotkać. Zresztą właściwie nie myśleliśmy o spotkaniu się.<br />
Po moim wyjściu z internowania opuściliśmy z żoną i dziećmi kraj. Nigdy nie pomyślałem o Andrzeju. Aż któregoś dnia, jeden z kolegów naszej filadelfijskiej, solidarnościowej emigracji wspomniał iż będąc jeszcze w Niemczech poznał kogoś ze Śląska, kogoś kto był związany z partią Leszka Moczulskiego a obecnie mieszka w niedalekim Delaware. Kiedy nieżyjący już dzisiaj Krzysztof podał mi nazwisko, okazało się, że był to właśnie Andrzej. Cóż za niespodzianka. Cóż za dziwny zbieg okoliczności. Ale czy wówczas mogłem przypuszczać że ta informacja będzie miała jakikolwiek wpływ na nasz los?<br />
W kilka miesięcy później do naszego mieszkania zawitał właśnie Andrzej wraz ze swoją żoną. Od tamtej pory do naszych odwiedzin w Delaware minęło około trzech lat Był koniec sierpnia 1987 roku i wtedy to skorzystaliśmy z zaproszenia Andrzeja do odwiedzin w maleńkiej miejscowości w stanie Delaware. W piątkowe popołudnie wraz z żoną i jej siostrą która była wówczas u nas na wakacjach, ruszyłem w kierunku jednego z przystanków na drodze naszego przeznaczenia.<br />
Filadelfia zawsze imponowała mi jako miasto, swoim amerykańskim ogromem, rozmachem. Barwną różnorodnością kultur otaczających mnie ludzi. Łatwością asymilacji w tę różnorodność środowisk narodowościowych i kulturowych. Było to miasto także wielce atrakcyjne dla naszych dorastających dzieci. Atrakcyjne z racji łatwości dostępu do wszystkiego. Do tego, co dobre i co złe. Do tego, co dozwolone i zakazane. A więc jednocześnie było miastem bardzo niebezpiecznym w sensie łatwości zboczeń etycznych i moralnych. Łatwości zagubienia polskiej dumy narodowej. Zagubienia obyczajowości pielęgnowanej w mojej i mojej żony rodzinie przez całe pokolenia. A więc miasto o dwóch twarzach. Twarzach, które zawsze są niezwykle zachęcająco uśmiechnięte.<br />
Przez cały okres naszego zamieszkiwania i życia w Filadelfii w pełni korzystaliśmy z dogodności i łatwości oferowanych przez to miasto. Ale przez cały ten okres czułem że czegoś mi brakuje, że do czegoś tęsknię. Wówczas jeszcze nie potrafiłem tego w pełni określić. Mieszkając w dzielnicy Port Richmond, tęskniłem oczywiście do zielonych skwerów, zalesionych obszarów tworzących cudowne parki na obrzeżach wielkiej Filadelfii, ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że są to jedynie zamknięte enklawy, z których można korzystać, ale w których nie można żyć. Z którymi nie można się identyfikować. Jeszcze wówczas nie wiedziałem że drogę mojego życia przetnie inna rzeczywistość. Ta w której będę się mógł realizować.<br />
Tak jak powiedziałem wcześniej, nadeszło piątkowe popołudnie i wyruszyliśmy w naszą wycieczkę w nieznane. Jako że nie mieliśmy okazji do wyjazdów na południe, a już w ogóle na półwysep Delmarwa. Właściwie przez pierwsze czterdzieści pięć minut nie odczuwaliśmy, że opuszczamy Filadelfię. Na drodze ten sam tłok, ten sam pośpiech i nieomalże taka sama sieć dróg sąsiadujących z nami lub przebiegających ponad naszymi głowami.<br />
Sytuacja ta diametralnie zmieniła się po przekroczeniu mostu ponad kanałem Delaware. Przed nami otwarły się ogromne połacie pól i lasów. W tym momencie uświadomiłem sobie przyczyny moich tęsknot. Poczułem się nagle ptakiem szybującym nad tymi polami. Poczułem się cząstką ziemi, tych pól i tych lasów. Tak, byłem pewny, że brakowało mi do tej pory energii emanującej z piękna natury, która mnie otacza. Brakowało mi przestrzeni tych pól i lasów. Nigdy dotąd nie czułem drżenia i gęsiej skórki na ciele, na widok otaczającego mnie pejzażu.<br />
Andrzej wraz z żoną przyjęli nas bardzo sympatycznie i ciepło. Czuliśmy się dobrze i swojsko. Następnego dnia rozpoczęliśmy rekonesans po okolicy .Oglądaliśmy domy, których ceny były dostępne nieomalże dla wszystkich. Nie wiedziałem, ale był to rekonesans w naszą przyszłość.<br />
Łatwość, z jaką udało się kupić dom, była czymś z pogranicza nadzwyczajnego przypadku. Całość operacji trwała tydzień. Dzięki finansowej pomocy Andrzeja kupiliśmy dom który wydawał nam się wystarczający dla naszych potrzeb. Dom był nowy i obszerny, poza tym jego wnętrze sprawiało bardzo przytulny charakter.<br />
Oboje z żoną od najwcześniejszych dni naszego małżeństwa staraliśmy się nadać każdemu naszemu mieszkaniu charakter rodzinnego ciepła. Naszym wspólnym marzeniem było zawsze, żeby nasz dom, a szczególnie jego wnętrze, mówiło za nas i za siebie. Zawsze uważaliśmy i uważamy, iż cechą szczęśliwego domu jest, kiedy każdy przybysz będzie czuł rodzinne ciepło, radość i swojskość.<br />
Niestety, najsmutniej przenosiny z Filadelfii przeżyły nasze dzieci. Dla nich były to przenosiny na ocean pustki. Wyrwane ze swojego filadelfijskiego środowiska czuły się pokrzywdzone przez życie i oszukane przez nas.<br />
Ale dzięki Bogu nie trwało to zbyt długo. Szybko poznały i znalazły swoje środowisko. Coraz rzadziej wspominały o Filadelfii, a kiedy już odwiedzały swoje stare kąty, bardzo szybko wracały do swojego nowego domu, coraz częściej narzekając na brud i śmieci na ulicach, których jeszcze do niedawna nie zauważały. Wyjazdy te następowały coraz rzadziej. A one coraz głębiej i głębiej identyfikowały się ze światem, który ich otaczał na co dzień. Coraz wyraźniej stawały się czułe na otaczające piękno, ich wrażliwość coraz głębiej zapuszczała swoje korzenie.<br />
Dzięki przypadkowi nasze dzieci wyrastały w domu, który do dzisiaj uważają za swój rodzinny dom. Gdzie na każde święta powraca nasz syn ze stanu Rhode Island. Mieszkając w Providence jest świetnym i wysoce ocenianym informatykiem w jednej z firm komputerowych. To właśnie do tego domu w każdej wolnej chwili wpada z naszymi przeuroczymi wnuczętami córka. Plastyk, dekorator wnętrz, specjalista układów kwiatowych. Nasz dom posiada swoją duszę. I jest duszą naszej rodziny. To tutaj zdarzają się drobne przypadki wytyczające drogę każdego z nas i każdego z naszych gości, w indywidualne przeznaczenie.<br />
[powrót] </p>
<p>&#8220;Ameryka, Ameryka&#8221; (Historia pisana życiem) &#8211; część 3.<br />
Spośród plątaniny słów i okropnego akcentu, potrafili odgadnąć moją myśl, którą chciałem im przekazać. Toteż kiedy zwracali się do mnie, używali słów prostych i powszechnie znanych. Ale to wszystko wymagało inteligencji i osłuchania się z łamaną angielszczyzną, a tę można jedynie spotkać w dużych skupiskach emigracyjnych, a tym samym w dużych ośrodkach miejskich.<br />
Takim ośrodkiem niewątpliwie była Filadelfia, z której przyjechałem. Wśród zielonych lasów i pól farmerskich trudno było znaleźć pojedynczych emigrantów, nie mówiąc o jakichkolwiek środowiskach emigracyjnych. W zakładzie, w którym rozpoczynałem swoją pracę, z reguły pracowali ludzie, którzy z różnych powodów porzucili pracę na farmach, przenosząc się do przemysłu. Bez jakiegokolwiek przygotowania zawodowego, z kilkoma klasami szkoły podstawowej w zanadrzu, tworzyli nie tylko kadrę operatorów maszyn i urządzeń technicznych, ale także kadrę średniego dozoru technicznego.<br />
Język jakiego używali można było określić &#8220;powiatowym slangiem&#8221;. Nieraz w czasie przerw przysłuchiwałem się ich rozmowom. Wówczas zorientowałem się, że sami mają problemy ze wzajemnym zrozumieniem się. Zadając po kilka razy to samo pytanie, nadstawiali ucha, jak gdyby nie dosłyszeli odpowiedzi. Jak się później domyśliłem, nie wynikało to z przytępionego słuchu, ale po prostu szukali dźwięku znajomego słowa. Po jakimś czasie moje domysły potwierdziły się. Po osłuchaniu się z kilkoma podstawowymi sformułowaniami, byłem w stanie zrozumieć coś niecoś z ich rozmów, mimo iż w domu dość swobodnie mogłem oglądać telewizję, rozumiejąc nieomalże wszystko bez większych trudności. W tym początkowym okresie mojego zatrudnienia, współpracownicy sprawiali na mnie wrażenie ludzi ułomnych, z wadami słuchu bądź wymowy.<br />
W Penn Fibre (tak nazywa się zakład) zostałem zatrudniony jako operator pras pneumatycznych. Jak wielu z nas przybyłych z Polski, tego typu maszyny miałem okazję widzieć po raz pierwszy. Na wydziale było około trzydzieści maszyn wytłaczających różnych rozmiarów podkładki w materiałach pochodnych z plastyku. Oczywiście towarzyszył temu ogromny hałas. Jednakże sama praca wydawała mi się dość ciekawa i w związku z tym postanowiłem związać się z tym zakładem na dłużej. Toteż od samego początku wziąłem się ostro do roboty, czyli do nauki nowej profesji.<br />
W wyniku językowej sytuacji, jaka panowała między mną a moimi wydziałowymi partnerami, musiałem sam znaleźć sposób na szybką naukę procesu technologicznego obsługiwanych przeze mnie maszyn. Jak powiada stara &#8220;emigrancka&#8221; prawda: &#8220;jeśli chcesz być tak dobry jak oni, musisz być lepszy od nich&#8221;, więc zgodnie z tą zasadą, kiedy inni operatorzy wkładali w swoje maszyny jak najdłuższe zamówienia, ja wyszukiwałem te najkrótsze. W związku z tym miałem możliwość częstego ustawiania maszyn (a miałem ich trzy) dzięki czemu nabierałem doświadczenia pracując z różnego typu materiałami.<br />
Jednocześnie wykorzystując swoją smykałkę techniczną, wypracowywałem własne metody ustawiania wykrojników i maszyn. Po kilku miesiącach wytężonej pracy, w której sam sobie stawiałem poprzeczkę na bardzo wysokim poziomie, uznano mnie za bardzo dobrego i myślącego operatora, a to sprawiało mi wielką satysfakcję. Zwolna zaczynałem odczuwać posmak zawodowego sukcesu. Co prawda zawód ten nie należy do dominujących zawodów tego świata, jednak poczucie dobrze wykonywanej roboty w każdym zawodzie daje wewnętrzną satysfakcję i zewnętrzne uznanie.<br />
Mogłem się już porozumieć ze swoimi wydziałowymi partnerami. Ludzie ci zaczęli patrzeć na mnie innymi oczami. Coraz bardziej interesowali się moim życiem prywatnym, moją przeszłością, no i krajem, z którego przyjechałem. Wypytywano mnie o Solidarność, co to jest i dlaczego powstała. Musiałem tłumaczyć praktyczne różnice systemów ustrojowych. Ludzie coraz bardziej darzyli mnie sympatią i zaufaniem. Coraz bardziej czułem się im potrzebny.<br />
Wiadomo już było powszechnie, że na temat baseballu to ze mną nie da się pogadać, ale w tematach politycznych wiele razy przychodzili do mnie prosząc o opinię. Jakaś niewidzialna nić coraz bardziej wiązała mnie nie tylko z tymi, z którymi pracowałem, ale również i z sąsiadami czy przypadkowo napotkanymi ludźmi. Osobiście czułem coraz większą sympatię do całego otoczenia. Zaczynałem być dumny z racji zamieszkiwania tutaj. Poddawałem się wpływom lokalnego patriotyzmu.<br />
[powrót] </p>
<p>&#8220;Ameryka, Ameryka&#8221; (Historia pisana życiem) &#8211; część 4.<br />
Po szesnastu latach od momentu mojego internowania w 1982 roku, ponownie stanąłem w szranki do obrony interesów reprezentowanej przeze mnie społeczności. Paradoksem dla mnie było to, że miałem bronić interesów ludzi, których języka jeszcze do niedawna nie potrafiłem zrozumieć.<br />
Zanim nadszedł jednak wcześniej wspomniany przeze mnie rok 1998, przez nasz zakład przeszła fala strachu, podniecenia i nerwowości. Penn Fibre wystawiony został na sprzedaż. Właściwie nie fakt samej sprzedaży był powodem nerwowości, ale przyszłość zakładu, a tym samym przyszłość jego załogi.<br />
Wiele słyszeliśmy o tym, że sprzedane zakłady były później likwidowane w ramach niszczenia konkurencji. Do tego dochodziła jeszcze inna kombinacja, mianowicie przeniesienie naszego zakładu do Meksyku. W tamtym okresie stanowiło to bardzo realne zagrożenie, wynikające nieomalże z mody na poszukiwanie taniej siły roboczej poza granicami Stanów Zjednoczonych, a w szczególności w Meksyku.<br />
Po odwiedzinach kilku potencjalnych kupców, którzy przewijali się przez hale produkcyjne, można było z łatwością zauważyć preferencyjny stosunek do niektórych z nich. I tak, ilekroć mieli pojawić się w zakładzie odczuwało się niezwykle nerwową atmosferę wśród dozoru. Kierownictwo starało się nie tylko o dobre wrażenie zewnętrzne, czyli o wygląd estetyczny, ale zaczęto zwracać baczną uwagę na system produkcji. Na optymalne wykorzystywanie ciągów technologicznych, na co do tej pory nie zwracano absolutnie żadnej uwagi. A więc maszyny zaczęły pracować na o wiele wyższych prędkościach, każde spowolnienie musiało zostać dokładnie uzasadnione przez operatora w karcie pracy.<br />
Uważny obserwator mógł z łatwością zauważyć wprowadzanie nowej filozofii biznesu. Filozofii, która nie tylko zmieniała utarte przez długie lata zasady produkcji, ale również ingerowała w psychikę człowieka. Starała się zmienić mentalność ludzi, zmienić ich stosunek do maszyn i urządzeń na bardziej agresywny.<br />
Aż nadszedł dzień, w którym oficjalnie było wiadomo że Penn Fibre posiada nowego właściciela. Nie był to absolutnie dzień radości wśród załogi. Wiadomo było że zmiany wprowadzane do tej pory na wpół oficjalnie, są zaledwie cząstką zapowiadanych od tej pory zmian kompleksowych.<br />
Nowy właściciel, nie bacząc na kontrakt związkowy robił, co mu się żywnie podobało. Dla ścisłości Penn Fibre nie był jedynym zakładem w jego posiadaniu. Właścicielem była korporacja, w skład której wchodziło kilka zakładów o różnym profilu produkcyjnym. Myślę, że ich bezczelność w zakresie łamania kontraktu wynikała ze słabości reprezentacji związkowej.<br />
(&#8230;)<br />
Zastraszenie załogi było tak wielkie że nawet działacze związkowi zapomnieli o roli, do jakiej zostali powołani przez załogę. Osobiście zawsze uważałem, iż to, co zostaje narzucone człowiekowi wbrew jego woli, zawsze wyzwoli w nim system obronny. Dlatego wszystkim współpracownikom tłumaczyłem, że powinniśmy znaleźć taki system produkcji, który będzie akceptowany przez zakład, a nam przyniesie ulgę w sensie psychicznym. Niestety większość z nich nie mogła zrozumieć, o czym ja mówię. Zacząłem więc indywidualnie.<br />
Rozpocząłem od dokładnych wyliczeń: ile czasu pracuje maszyna, ile czasu zabiera wymiana materiału. Do tego wprowadziłem współzależne rodzaju materiału oraz wielkości produkowanych podkładek. Na podstawie tych wyliczeń skalkulowałem faktyczną wysokość produkcji. Po uporaniu się z tym wszystkim zwróciłem się do szefa produkcji z prośbą o przeanalizowanie i ewentualną zmianę obowiązujących norm produkcyjnych. Propozycja moja została przyjęta. Mogłem przystąpić do następnej fazy projektu obronnego. Ale jak się przekonałem, aby zrobić cośkolwiek przeciwko narzuconym normom (w tym przypadku przeciwko normom produkcyjnym), należy się bardzo dokładnie do tego przygotować. I nie należy się afiszować swoimi chęciami zmian. Wierzyłem, że wraz z pozostałymi kolegami zasiadającymi w komitecie związkowym będziemy w stanie dokonać zasadniczych zmian w relacjach związek &#8211; zakład. Mówiąc dokładniej, wierzyłem w skuteczniejsze egzekwowanie praw i przywilejów pracowniczych, a wynikających z ustaleń podpisanego kontraktu. Moje doświadczenie działacza (związkowego w Solidarności i politycznego) wywiezione z kraju, dawało mi przewagę myśli organizacyjnej nad moimi amerykańskimi kolegami.<br />
W pierwszym tygodniu naszej działalności zaproponowałem spotkanie konsolidacyjne. Na spotkaniu tym podjęliśmy pewne ustalenia, dotyczące strategii naszego działania. Właściwie było to przyjęcie przez pozostałych kolegów z komitetu moich propozycji. Koncepcja mojej strategii działania na najbliższe sześć miesięcy miała polegać na agresywnym wtargnięciu do świadomości &#8211; zarówno dyrekcji zakładu, jak i załogi &#8211; istnienia, jak i funkcjonowania nowej jakości związków zawodowych na terenie zakładu pracy.<br />
Pierwsza propozycja dotyczyła bezpośredniego spotkania z grupą menadżerów zarządzających naszym zakładem. Spotkanie to pozwoliło na przedstawienie linii działania związków w zakresie współdziałania oraz egzekwowania ustaleń kontraktowych. Zauważyłem, że pomysł tego spotkania i w takiej formie był świetnym pomysłem. Zostaliśmy uznani za faktycznych przedstawicieli załogi, dzięki czemu mogliśmy dokonać kilku istotnych ustaleń technicznych w zakresie współdziałania.<br />
(&#8230;)<br />
Pierwszym krokiem konsolidacyjnym było uruchomienie wydawania biuletynu informacyjnego. Biuletyn ten poza przekazem informacji miał jeszcze inne zadanie. Miał on zaprezentować nową jakość związku. Relacje z wygranych batalii pomiędzy związkiem a pracodawcą miały budować zaufanie do naszego komitetu oraz odbudowywać wiarygodność związkową. Wiarygodność ta była bardzo mocno nadszarpnięta przez ostatnie lata, ale wynikało to z zasadniczego błędu. Mianowicie do tej pory wybierany był zawsze tylko jeden przedstawiciel związkowy, którego łatwo było zastraszyć czy wręcz podkupić. W tych wyborach wybrana została nas czwórka.<br />
Wiedziałem, że aby być traktowanym serio i po partnersku przez kierownictwo zakładu, musimy traktować nasze pozycje związkowe bardzo poważnie. Zdawałem sobie sprawę, że jako komitet związkowy nie możemy pozwolić sobie na jakąkolwiek indolencję w naszych działaniach. Musimy działać stanowczo i zdecydowanie. Jednocześnie nie możemy być grupą idiotów, która korzystając z pewnych możliwości w swoich działaniach będzie próbowała wyżywać się nad administracją zakładu. Dlatego jednym z moich pierwszych kroków było bardzo dokładne przestudiowanie książeczki zatytuowanej &#8220;The Legal Rights Of Union Stewards&#8221; Następnie systematyczne studiowanie egzemplarza kontraktu. Zdawałem sobie sprawę że umiejętność interpretacji tegoż kontraktu jest połową sukcesu w naszych rozmowach czy też negocjacjach nad przewinieniami dyscyplinarnymi.<br />
(&#8230;)<br />
Zgodnie z przewidywaniami kompania, przez którą został wchłonięty nasz zakład, po trzech latach bardzo intensywnej eksploatacji ludzi i urządzeń &#8211; eksploatacji którą z czystym sumieniem można uznać za przykład gospodarki rabunkowej &#8211; zdecydowała się na kolejne odsprzedanie Penn Fibre.<br />
(&#8230;)<br />
Niedługo potem dowiedzieliśmy się o bardzo licznych zwolnieniach w jednym z zakładów wchodzących w skład &#8220;naszej&#8221; kompani w stanie Kentucky. Wniosek, który wypływał z tego, był tylko jeden. W najbliższym czasie można się spodziewać radykalnych zmian na naszym podwórku. Przez okrągłe trzy lata cała nieomalże załoga, czuła się niepewnie i obco. Nieustanne zapewnianie ze strony szefostwa, że jesteśmy jedną wspólną rodziną, jakoś nikogo nie chciało przekonać. Czuliśmy się wyzyskiwani i oszukiwani. Większość załogi związana z zakładem przez wiele długich lat z rozrzewnieniem wspominała nie tak odległe przecież czasy.<br />
Natomiast my, przedstawiciele związków, nabieraliśmy w bardzo szybkim tempie naszego związkowego doświadczenia. Notoryczne pogwałcanie przez zakład kontraktowych ustaleń było na porządku dziennym. Nie wiem z czego to wypływało. Z ignorancji, głupoty czy też z absolutnej pewności siebie. My z kolei wszystkie te wykroczenia wyłapywaliśmy bez większych trudności, co niewątpliwie było także zasługą naszych teoretycznych podstaw wyniesionych z wielu związkowych szkoleń.<br />
Właśnie o pierwszym z tego typu szkoleń chciałbym opowiedzieć. Dlatego o pierwszym, że wywarło ono na mnie niesamowite wrażenie. Właściwie nie samo szkolenie, ale cała ta otoczka towarzysząca sprawie.<br />
Szkolenie zaplanowane było na pierwszą połowę września, a więc okres wspaniałego indiańskiego lata. No i wspaniałe miejsce, Wiliamsburg w Virginii. Pierwszym zaskoczeniem dla mnie i nie tylko dla mnie, ale także dla mojej żony, był fakt iż zostaliśmy zaproszeni oboje.<br />
W czasie podróży przez półwysep słoneczne, wrześniowe popołudnie nastrajało nas bardzo, ale to bardzo optymistycznie. Pełni energii i radości jechaliśmy w nieznane. Zarówno w sensie okolicy, jak i okoliczności. Wyjątkowym dla nas przeżyciem była jazda przez mosto-tunel, ponad i pod wodami zatoki Chesepeake. Dla kogoś, kto przejeżdża ten odcinek trasy po raz pierwszy, jest to przeżycie, które na długo pozostanie w pamięci. Kiedy zjechaliśmy na ląd stały, mimo wszystko czuliśmy odprężenie i radość.<br />
Hotelik o historycznej nazwie &#8220;1776&#8243; był przemiłym i uroczym zakątkiem wśród leśnych ostępów. Oddalony nieco od głównej drogi i miasta stanowił prawdziwą oazę ciszy i spokoju, gdzie każdy turysta czuł się wygodnie i swojsko. Po zgłoszeniu się w recepcji i odebraniu magnetycznego klucza do pokoju, następowało zarejestrowanie się w sekcji administracyjnej związku, rozłożonej na kilku stolikach górnej części głównego hallu.<br />
Po sprawdzeniu nazwiska na liście uczestników zaczęliśmy odbierać prezenty ufundowane przez zarząd lokalny związku. Przede wszystkim była to koperta, w której znajdowało się sto dolarów. Pieniądze te miały służyć na pokrycie kosztów podróży, takich jak paliwo czy też opłaty za mosty i drogi. Następnie uczestnicy otrzymywali koszule z wyszytym swoim imieniem oraz emblematem Teamsters. Z tymże emblematem także były podręczne torby podróżne i zegarki. W pewnym momencie obładowany tymi przeróżnymi przedmiotami, poczułem się bardzo dziwnie i nieswojo.<br />
Zajęcia odbywały się w czterech różnych grupach tematycznych. Tematy zostały przydzielone w zależności od stażu związkowego. Moim tematem były skargi i zażalenia. Przede wszystkim dotyczyły one nieprawidłowości wynikających ze złej woli pracodawcy. Naszymi wykładowcami byli wykładowcy uniwersyteccy, zajmujący się na co dzień prawem pracy. Zajęcia trwały przez trzy dni od godziny ósmej do piątej, a więc czas mieliśmy wypełniony nauką. Natomiast osoby towarzyszące miały świetne wakacje. Dla nich organizowane były wycieczki, zajęcia rozrywkowe, spotkania towarzyskie.<br />
Wówczas zrozumiałem i pojąłem różnice związkowe pomiędzy np. Solidarnością a Teamsters. Różnice wynikające nie tylko z zasad organizacyjnych czy też kierunków działania, ale przede wszystkim wynikające z filozofii samego ruchu związkowego. Amerykańskie związki zawodowe mają bardzo sprytnie i mądrze wkomponowaną swoją działalność w sferę ogólnonarodowego interesu. Najważniejsze chyba jest to, że nie przesadzają w rozbudowie osłon socjalnych. Wdrażanie tych osłon uzależnione jest od siły ekonomicznej przedsiębiorstwa. Nawet najbardziej agresywni działacze związkowi muszą podporządkować się globalnej polityce związku. Nie wystarczy żądać. Należy wiedzieć, ile żądać.<br />
Początek roku dwa tysiące pierwszego przyniósł kolejne zmiany w naszym zakładzie, który po prostu został odsprzedany kolejnemu właścicielowi. Zmiany te nastąpiły na lepsze w sensie systemu pracy. Pracowników zaczęto traktować jako grupę rzemieślników znających swój fach, oddając im inicjatywę w zakresie wydajności ale kładąc szczególny nacisk na jakość produkcji. Oczywiście wśród załogi przywróciło to świadomość własnej wartości oraz odrodziło chęć do pracy, no i satysfakcję z wykonywanej pracy. Trzyletni okres niezmiernie wypalający psychikę pracowników był poza nami.<br />
W tym samym czasie szeregi naszego związkowego komitetu wykruszyły się i pozostało nas dwóch. Nie ułatwiało nam to sprawy, po prostu utraciliśmy nieco z naszej przebojowości, która mimo zmian na lepsze była nam nadal potrzebna.<br />
(&#8230;)<br />
Poznając wiele mechanizmów wewnątrzzwiązkowych oraz układów wewnątrzzakładowych, postanowiłem wycofać się ze swojej związkowej działalności, do której przystępowałem z tak wielkim entuzjazmem przed czterema laty.<br />
[powrót] </p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/whofman.wordpress.com/255/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/whofman.wordpress.com/255/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/whofman.wordpress.com/255/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/whofman.wordpress.com/255/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/whofman.wordpress.com/255/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/whofman.wordpress.com/255/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/whofman.wordpress.com/255/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/whofman.wordpress.com/255/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/whofman.wordpress.com/255/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/whofman.wordpress.com/255/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/whofman.wordpress.com/255/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/whofman.wordpress.com/255/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/whofman.wordpress.com/255/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/whofman.wordpress.com/255/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=255&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://whofman.wordpress.com/2009/03/29/ameryka-ameryka-historia-pisana-zyciem/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="http://0.gravatar.com/avatar/6caa567a0817d38c793b77c34759373b?s=96&#38;d=identicon&#38;r=G" medium="image">
			<media:title type="html">whofman</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Zycie i Przypadki</title>
		<link>http://whofman.wordpress.com/2009/03/15/zycie-i-przypadki/</link>
		<comments>http://whofman.wordpress.com/2009/03/15/zycie-i-przypadki/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 15 Mar 2009 21:24:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Walter Hofman</dc:creator>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://whofman.wordpress.com/?p=234</guid>
		<description><![CDATA[Wszyscy w naszym codziennym życiu mamy do czynienia z przypadkami. Jedne tkwią w naszej pamięci nie wiadomo dlaczego. Inne umykają niezauważone. A jeszcze inne można uznać za kamienie milowe naszego życia. Z przypadkami spotykamy się wszędzie, w domu, sklepie czy na ulicy. Wiemy że istnieją, akceptujemy je. Niejednokrotnie marzymy, aby jeden z niech wydarzyl się [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=234&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><!--[if gte mso 9]&gt;  Normal 0   false false false        MicrosoftInternetExplorer4  &lt;![endif]--><!--[if gte mso 9]&gt;   &lt;![endif]--><br />
<strong></strong><span lang="PL">Wszyscy w naszym codziennym życiu mamy do czynienia z przypadkami. Jedne tkwią w naszej pamięci nie wiadomo dlaczego. Inne umykają niezauważone. A jeszcze inne można uznać za kamienie milowe naszego życia. Z przypadkami spotykamy się wszędzie, w domu, sklepie czy na ulicy. Wiemy że istnieją, akceptujemy je. Niejednokrotnie marzymy, aby jeden z niech wydarzyl się w naszym życiu, wierząc że zmieni je na lepsze. Czyli chcemy przypadku, który pchnie nasze życie w określonym kierunku (oczywiście w tym lepszym).<br />
Powiada się, że człowiek może kierować swoim życiem podejmując prawidłowe decyzje. Tylko skąd możemy wiedzieć czy podejmowana aktualnie decyzja jest tą decyzją prawidłową?<br />
Alan Vaughan, author &#8220;Incredible Coincidence&#8221; &#8211; napisał<br />
<em>Zsynchronizowane wydarzenia zachodzące w naszym życiu codziennym nie różnią się niczym w swojej formie od wydarzeń pełnych ekspresji i dramaturgii, na, wskutek których mówimy podnieceni i zafascynowani &#8221; Jakiż niesamowity przypadek wydarzył się nam wczoraj&#8221;</em><br />
Codzienny zbieg przypadków, tworzących nasze życie podkreśla znaczenie podświadomości w budowaniu naszej życiowej przyszłości.<br />
Najmniej co możemy zrobić, to podziwiać przypadkowość, która doprowadziła nas do określonego celu. Zaś najwięcej, co w tej materii może zrobić człowiek, to poddać się kreatywności tych przypadków z pełnym ich rozumieniem.<br />
Czyli poprzez właściwe interpretowanie przypadków, zachodzących na naszej codziennej drodze, jesteśmy w stanie kontrolować naszą przyszłość. Oczywiście dużo prościej i łatwiej jest roztrząsać czas przeszły, niż na podstawie drobnych przypadków budować swoją przyszłość. </span></p>
<p><span lang="PL">Z Andrzejem poznałem się jeszcze w kraju, był to rok osiemdziesiąty, może osiemdziesiąty pierwszy. Działaliśmy wówczas w partiach o tej samej orientacji politycznej, co też było okazją do poznania się. Spotkaliśmy się raz, może dwa razy. Kiedy wprowadzono stan wojenny, byliśmy osadzeni w różnych więzieniach i nie było już okazji, aby się spotkać. Zresztą właściwie nie myśleliśmy o spotkaniu się. Po moim wyjściu z internowania opuściliśmy z żoną i dziećmi kraj. Nigdy nie pomyślałem o Andrzeju. Aż któregoś dnia jeden z kolegów naszej filadelfijskiej solidarnościowej emigracji wspomniał, iż będąc jeszcze w Niemczech poznał kogoś ze Śląska, kogoś, kto był związany z partią Leszka Moczulskiego a obecnie mieszka w niedalekim Delaware. Kiedy, nieżyjący już dzisiaj Krzysztof podał mi nazwisko, okazało się, że był to właśnie Andrzej. Cóż za niespodzianka. Cóż za dziwny zbieg okoliczności. Ale czy wówczas mogłem przypuszczać, że ta informacja będzie miała jakikolwiek wpływ na nasz los? W kilka miesięcy później do naszego mieszkania zawitał właśnie Andrzej wraz ze swoją żoną. Od tamtej pory do naszych odwiedzin w Delaware minęło około trzech lat. Był koniec sierpnia osiemdziesiątego siódmego roku i wtedy to skorzystaliśmy z zaproszenia Andrzeja do odwiedzin w maleńkiej miejscowości w stanie Delaware. W piątkowe popołudnie wraz z żoną i jej siostrą, która była wówczas u nas na wakacjach, ruszyłem w kierunku jednego z przystanków na drodze naszego przeznaczenia. </span></p>
<p><span lang="PL">Filadelfia zawsze imponowała mi jako miasto swoim amerykańskim ogromem, rozmachem. Barwną różnorodnością kultur otaczających mnie ludzi. Łatwością asymilacji w tą różnorodność środowisk narodowościowych i kulturowych. Było to miasto także wielce atrakcyjne dla naszych dorastających dzieci. Atrakcyjne z racji łatwości dostępu do wszystkiego. Do tego, co dobre i co złe. Do tego, co dozwolone i zakazane. A więc jednocześnie było miastem bardzo niebezpiecznym w sensie łatwości zboczeń etycznych i moralnych. Łatwości zagubienia polskiej dumy narodowej. Zagubienia obyczajowości pielęgnowanej w mojej i mojej żony rodzinie przez całe pokolenia. A więc miasto o dwóch twarzach. Twarzach, które zawsze są niezwykle zachęcająco uśmiechnięte. Przez cały okres naszego zamieszkiwania i życia w Filadelfii w pełni korzystaliśmy oczywiście, z dogodności i łatwości oferowanych przez to miasto. Ale przez cały ten okres czułem, że czegoś mi brakuje, że do czegoś tęsknię. Wówczas jeszcze nie potrafiłem tego w pełni określić. Mieszkając w dzielnicy Port Richmond, tęskniłem oczywiście do zielonych skwerów, zalesionych obszarów tworzących cudowne parki na obrzeżach wielkiej Filadelfii, ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że są to jedynie zamknięte enklawy, z których można korzystać, ale w których nie można żyć. Z którymi nie można się identyfikować. Jeszcze wówczas nie wiedziałem, że drogę mojego życia przetnie inna rzeczywistość. Ta, w której będę się mógę realizować.<br />
Tak jak powiedziałem, wcześniej nadeszło piątkowe popołudnie i wyruszyliśmy w naszą wycieczkę w nieznane, jako że nie mieliśmy okazji do wyjazdów na południe. A już w ogóle na półwysep Delmarva. Właściwie przez pierwsze czterdzieści pięć minut nie odczuwaliśmy, że opuszczamy Filadelfi?. Na drodze ten sam tłok, ten sam pośpiech i nieomalże taka sama sieć dróg sasiadujących z nami lub przebiegających ponad naszymi głowami<br />
Sytuacja ta diametralnie zmieniła się po przekroczeniu mostu ponad kanałem Delaware. Przed nami otwarły się ogromne połacie pól i lasów. W tym momencie uświadomiłem sobie przyczyny moich tęsknot.Poczułem się nagle ptakiem szybującym nad tymi polami. Poczułem się cząstką ziemi, tych pól i tych lasów. Tak, byłem pewny, że brakowało mi do tej pory energii emanującej z piękna natury, która mnię otacza. Brakowało mi przestrzeni tych pól i lasów. Nigdy dotąd nie czułem drżenia i gęsiej skórki na ciele, na widok otaczającego mnie pejzażu.<br />
Andrzej wraz z żoną przyjęli nas bardzo sympatycznie i ciepło. Czuliśmy się dobrze i swojsko. Następnego dnia rozpoczęliśmy rekonesans po okolicy. Oglądaliśmy domy, których ceny były dostępne nieomalże dla wszystkich. Nie wiedziałem, ale był to rekonesans w naszą przyszłość.<br />
Łatwość, z jaką udało się kupić dom była czymś z pogranicza nadzwyczajnego przypadku. Całość operacji trwała tydzień. Dzięki finansowej pomocy Andrzeja kupiliśmy dom, który wydawał nam się wystarczający dla naszych potrzeb. Dom był nowy i obszerny, poza tym jego wnętrze sprawiało bardzo przytulny charakter. Oboje z żoną od najwcześniejszych dni naszego małżeństwa staraliśmy się nadać każdemu naszemu mieszkaniu charakter rodzinnego ciepła. Naszym wspólnym marzeniem było zawsze, żeby nasz dom, a szczególnie jego wnętrze, mówiło za nas i za siebie. Zawsze uważaliśmy i uważamy, iż cechą szczęśliwego domu jest, kiedy każdy przybysz będzie czuł rodzinne ciepło, radość i swojskość.<br />
Niestety, najsmutniej przenosiny z Filadelfii przeżyły nasze dzieci. Dla nich były to przenosiny na ocean pustki. Wyrwane ze swojego filadelfijskiego środowiska czuły się pokrzywdzone przez życie i oszukane przez nas. Ale dzięki Bogu nie trwało to zbyt długo. Szybko poznały i znalazły swoje środowisko. Coraz rzadziej wspominały o Filadelfii, a kiedy już odwiedzały swoje stare kąty, bardzo szybko wracały do swojego nowego domu, coraz częściej narzekając na brud i śmieci na ulicach, których jeszcze do niedawna nie zauważały. Wyjazdy te następowały coraz rzadziej. A one, coraz głębiej i głębiej identyfikowały się ze światem, który ich otaczał na co dzień. Coraz wyraźniej stawały się czułe na otaczające piękno, ich wrażliwość coraz głębiej zapuszczała swoje korzenie. Dzięki przypadkowi nasze dzieci wyrastały w domu, który do dzisiaj uważają za swój rodzinny dom. Gdzie na każde święta powraca nasz syn ze stanu Rhode Island. Mieszkając w Providence jest świetnym i wysoce cenionym informatykiem w jednej z firm komputerowych. To właśnie do tego domu w każdej wolnej chwili wpada z naszymi przeuroczymi wnuczętami córka. Plastyk, dekorator wnętrz, specjalista układów kwiatowych. Nasz dom posiada swoją duszę. I jest duszą naszej rodziny. To tutaj zdarzają się drobne przypadki wytyczające drogę każdego z nas i każdego z naszych gości, w indywidualne przeznaczenie. </span></p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/whofman.wordpress.com/234/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/whofman.wordpress.com/234/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/whofman.wordpress.com/234/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/whofman.wordpress.com/234/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/whofman.wordpress.com/234/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/whofman.wordpress.com/234/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/whofman.wordpress.com/234/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/whofman.wordpress.com/234/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/whofman.wordpress.com/234/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/whofman.wordpress.com/234/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/whofman.wordpress.com/234/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/whofman.wordpress.com/234/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/whofman.wordpress.com/234/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/whofman.wordpress.com/234/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=234&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://whofman.wordpress.com/2009/03/15/zycie-i-przypadki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="http://0.gravatar.com/avatar/6caa567a0817d38c793b77c34759373b?s=96&#38;d=identicon&#38;r=G" medium="image">
			<media:title type="html">whofman</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Różnice, które łączą</title>
		<link>http://whofman.wordpress.com/2009/03/15/roznice-ktore-lacza/</link>
		<comments>http://whofman.wordpress.com/2009/03/15/roznice-ktore-lacza/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 15 Mar 2009 16:30:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Walter Hofman</dc:creator>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://whofman.wordpress.com/?p=225</guid>
		<description><![CDATA[Krocząc u boku ojca w stronę ołtarza, wyglądała przepięknie. W dostojeństwie kościelnej ciszy, tony marsza Mendelsona wibrowały potęgą i miłością. Zaś głowy wszystkich obecnych, odwrócone były w ich stronę. A oczy wpatrzone w jej sylwetkę. Jej czarne i i zwykle rozpuszczone, długie włosy uczesane są w kok na czubku głowy. Przednia jego część, uwieńczona srebrnym [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=225&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Krocząc u boku ojca w stronę ołtarza, wyglądała przepięknie. W dostojeństwie kościelnej ciszy, tony marsza Mendelsona wibrowały potęgą i miłością. Zaś głowy wszystkich obecnych, odwrócone były w ich stronę. A oczy wpatrzone w jej sylwetkę. Jej czarne i i zwykle rozpuszczone, długie włosy uczesane są w kok na czubku głowy. </p>
<p>Przednia jego część, uwieńczona srebrnym diademem wysadzonym ciętymi szkiełkami, które lśnią i mienią się niczym najprawdziwsze diamenty. Zaś tylnia część tego koka zakończona jest welonem, który w tej chwili osłania jej twarz. A tam kilkanaście metrów przed nią, tuż przy ołtarzu, czeka na nią i na jej rękę miłość jej życia. Przeznaczenie, które odnalazło ją w jednej z księgarń Nowej Anglii. </p>
<p>Znak pierwszy<br />
Inez, dziesięcioletnia peruwiańska dziewczynka mieszkała z rodzicami w Limie, stolicy Peru. Jej rodzice, oboje po wyższych studiach mieli własne marzenia i wizje odnośnie swojej córeczki. Toteż Inez wychowywana byla w atmosferze miłości do Boga, ludzi i nauki. Któregoś dnia jej ojciec chrzestny, historyk, naukowiec pracujący na Uniwersytecie w Limie, po jednej ze swoich podróży do Europy przywiózł swojej chrześnicy maleńką, drewnianą szkatułkę. Szkatułka stała się natychmiast jej ulubionym przedmiotem. Stała się dla niej wielkim skarbem, a właściwie skarbnicą w której trzymała swoje ulubione świecidełka. Mijały lata, Inez nigdy nie rozstawała się ze swoją szkatułką. Szkatułka ta przeszła z nią przez studia uniwersyteckie w Limie następnie w Anglii, Niemczech i Norwegii.  </p>
<p>Znak drugi<br />
Będąc w Oslo na studiach &#8220;masterskich&#8221; Inez zawsze pamiętała o swojej niedzielnej modlitwie w kościele. Pomimo znajomości pięciu języków w tym norweskiego, ona jednak zawsze była obecna na mszy hiszpańsko &#8211; języcznej. Jej ojczysty język wyzwalał w niej uduchowienie i pozwalał na wewnętrzą koncentrację. </p>
<p>Którejś niedzieli, wychodząc po mszy z kościoła zauważyła na stoliku tuż przy drzwiach, rozłożone tam pisemka religijne, ale nie to przykuło jej uwagę, tylko mały obrazek przedstawiający postać Jezusa. Był to zresztą jedyny znajdujący się tam obrazek. Inez schowała go pieczołowicie do torebki. Zawsze chciała mieć taki obrazek w swojej torebce ale jakoś nigdy nie miala okazji żeby o tym pamiętać, aż wreszcie dzisiaj sam wpadł w jej oko i ręce. </p>
<p>Znak trzeci i ostatni<br />
Lubiła bardzo tę księgarnię. Wiele razy przychodząc tutaj siadała przy stoliku i popijając sok pomarańczowy przeglądała książkę, którą właśnie kupiła. Tego popołudnia nieco się śpieszyła i wpadła tutaj tylko po to, żeby przejrzeć nowości wydawnicze z tematów, które ją interesują. Wychodząc ze sklepu, w drzwiach nieomalże zderzyła się z młodym człowiekiem, który wpadł tam niczym burza. Z wielką energią i pośpiechem. Raptownie stanęli przed sobą. Młody człowiek natychmiast próbował ją przeprosić. Gdy tylko usłyszała jego głos wiedziała że chce i musi go poznać. </p>
<p>Usiedli przy stoliku. Rozmowa potoczyła się w temacie książek. Okazało się że jest programistą komputerowym i aby być na bieżąco w branży, często kupował tutaj książki tematyczne. </p>
<p>- Jestem Daniel, z zawodu jestem informatykiem i pracuję w firmie komputerowej &#8211; przedstawił się. -A ja mam na imię Inez i jestem nauczycielką &#8211; pracuję w jednym z tutejszych High school i uczę angielskiego, ponadto częściowo uczę na Brownie (universytet) wykładam politologię z której właśnie mam master &#8211; powiedziała bardzo spokojnie. W następnych trzydziestu minutach byli ze sobą nieomalże zaprzyjażnieni i wiedzieli wiele rzeczy o sobie. </p>
<p>Inez dowiedziała się że Daniel jest Polakiem i przyjechał do stanów wraz z rodzicami, mając piętnaście lat. Natomiast on dowiedział się że Inez jest Peruwianką i na stałe mieszka tutaj od roku. Oboje czuli się doskonale w swoim towarzystwie. Nawet nie zauważyli że minęły dwie godziny od momentu ich zderzenia się w drzwiach. Kiedy opuszczali tę księgarnię jakoś dziwnie ciężko było im się rozstać. Natychmiast umówili się na nastęny dzień. Inez w tym czasie mieszkała z rodzicami. Jej ojciec również nauczyciel, ale pracujący w innej szkole. Niestety, następne spotkanie nie przyniosło zbyt pomyślnych wiadomości. Inez musiała na kilka dni opuścić miasto. Wyjeżdżała wraz z rodziną na ślub swojego kuzyna, który mieszkał w Virgini. </p>
<p>Daniel, czuł się conajmniej nieswojo. Dziwnie często i intensywnie myślał o niej. Czyżby był zakochany? Jednakże przecież jak do tej pory spotkali się zaledwie dwukrotnie. Marzył o niej i chciał żeby była jego dziewczyną, ale co ona na to? Co będzie po jej powrocie. Czy będzie chiała jeszcze się z nim spotkać? </p>
<p>Inez pomimo świetnej przedweselnej zabawy, męczyła się niesamowicie. Jak do tej pory nigdy nie miała w sobie takiego emocjonalnego uczucia. Bała się myśleć o tym że to może być miłość. Bo przecież w swoim trzydziestojedno &#8211; letnim życiu, nigdy nie spotkała samej siebie z takim uczuciem. Zresztą na miłość, nigdy jakoś nie miała czasu. Oddawała całą siebię nauce, studiom. Myślała o doktoracie. W ostatnim roku, cała była pochłonięta swoją pracą i codziennym przygotowywaniem się do lekcji. </p>
<p>Kiedy zadzwonił telefon, Daniel rzucił się w jego stronę wywracając przy tym krzesło po drodze. Wiedział napewno że to od Inez. Jakiś wewnętrzy głos przekonał go o tym w ciągu ułamka sekundy. Usłyszał jej głos. Poczuł się nagle jak mały chłopczyk, który dostał w prezencie samochodzik o którym marzył od dawna. A przecież jest z niego trzydziestosiedmio &#8211; letnie chłopisko i z niejednego pieca chleb już jadł. </p>
<p>Umówili się że zaraz po jej powrocie się spotkają. Od tego momentu oboje poczuli się znacznie lepiej, ale też nie mogli się doczekać spotkania. Po trzech tygodniach obwieścili światu, że chcą się pobrać i to jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Na pytania znajomych &#8211; dlaczego tak szybko? Czy nie mogą ze sobą pochodzić dłużej, żeby się bliżej poznać? Zawsze słyszeli tę samą odpowiedż &#8211; zbyt długo się szukali, żeby teraz niepotrzebnie tracić czas. Mieszkali osobno i wcale nie mieli zamiaru zamieszkać razem przed ślubem.Inez w ten sposób demonstrowała swoją religijność i wynikającą z niej obyczajowość. Pozatym, tym samym okazywała respekt i posłuszeństwo swoim rodzicom, za co zbierała niesamowicie wysoką ocenę w oczach Daniela. Był z niej i jej obyczjowości ogromnie dumny. Gdy zabrali się do próby zalatwiania spraw związanych ze ślubem kościelnym napotkali na pewne schody, które przy mniejszej determinacji z ich strony, mogły odłożyć datę ślubu na rok. Okazało się bowiem iż kościół katolicki wymaga zgłoszenie ślubu z rocznym wyprzedzeniem. </p>
<p>Kontaktowali się z wieloma parafiami kościoła rzymsko-katolickiego, wszędzie była ta sama odpowiedż: datę ślubu należy podać z rocznym wyprzedzeniem. Wreszcie znaleźli parafię i księdza, który zgodził się na trzymiesięczny okres wyczekiwania ale zobowiązali się do odbycia trzydniowego programu przedślubnego nauczania. Zgodzili się bez wahania. Dla nich ważniejszą sprawą był ślub i legalne bycie razem, z punktu widzenia prawa i kościoła, niźli przeciwności prowadzące do tego slubu. Aż nadszedł moment w którym mieli nabyć nowych doświadczeń życiowych o których do tej pory nie mieli zielonego pojęcia. Mieli doznać nowych wrażeń duchowych. I mieli poznać samych siebie. Wszystko to było nie tylko bardzo interesujące, ale także niezmiernie, a może przede wszystkim ogromnie podniecające. Był piątek gdy Inez i Daniel zglosili się w katolickim ośrodku dla narzeczonych. Czyli: Encounter Retreat Catholic Engaged.  </p>
<p>Encounter Retreat Catholic Engaged<br />
Jest programem nauk przedmałżeńskich, a właściwie nauk narzeczeńskich. Inez i Daniel byli pewni że będą to nauki o charakterze typowo i głęboko religijnym. Zresztą niektórzy z ich znajomych, którzy już takie szkolenie odbyli, nazywali je religijnym praniem mózgu. Jakież jednak było ich zdziwienie kiedy w przepięknie położonym ośrodku spotkali zaledwie jednego księdza katolickiego, który nie pełnił nawet funkcji wykładowcy, a jedynie zajmował się prowadzeniem mszy dla obecnych w ośrodku kursantów. Jak się później okazało nie był to klasyczny kurs o którym wszyscy mamy jakieś tam wyobrażenie. W ośrodku znajdowało się 16-cie par, nie wszyscy jednak byli katolikami, nie wszyscy byli nawet osobami religijnie wierzącymi. Wszyscy tam przebywający posiadali własne pokoje, zaś pary narzeczeńskie nie mogły się spotykać pod żadnym pozorem, za wyjątkiem spotkań ogólnych w wyznaczonych do tego miejscach. </p>
<p>Our Lady of Peace Spiritual Life Center &#8211; tak brzmi orginalnie nazwa ośrodka. Znajduje się on w Narragansett, Rhode Island. Jego historia sięga jeszcze lat 1846-1884 kiedy to został wybudowany budynek główny tzw. Hazard&#8217;s Castle, a wybudował go Joseph Peace Hazard. Przez ponad czterdzieści lat Our Lady of Peace Spiritual Life Center było miejscem szczególnym, dedykowanym dla duchowieństwa, które pomagało ludziom wzbogacać ich życia duchowe poprzez odnowienie wiary chrześciańskiej. Założone w 1952 roku przez diecezję kościoła rzymsko-katolickiego w Providence jako schronisko dla ludzi. </p>
<p>W minionych latach został poszeżony zakres działania duchownych, niosących pomoc wszystkim tym, którzy potrzebowali odnowy swojego życia poprzez pogłębienie życia duchowego. Dzięki temu w roku 1979, schronisko diecezjalne uznane zostało za centrum życia duchowego &#8211; Spiritual Life Center. Centrum to w pierwszej kolejności świadczy usługi na rzecz diecezji, ale to wcale nie znaczy że stroni od ludzi przybywających tutaj z innych stanów bądź krajów. Osadzone jest we wspaniałym krajobrazie nad oceanem z alejami zieleni pełnych urokliwych zakamarków w pełni oddających miarę boskiej doskonałości, która na ościerz otwiera duszę człowieka. Zresztą nie tylko duszę ale i jego umysł. I w takich oto warunkach przyszło Inez i Danielowi przemyśliwać ich wspólną przyszłośc. </p>
<p>Odnależć Bożą dłoń, wspomagającą ich we wspólnej wędrówce przez małżeńskie życie. Po zakończonym pobycie w Spiritual Life Center, zgodnie stwierdzili że nie było to ani szkolenie, ani kurs. Nie były to absolutnie żadne lekcje. Był to okres wzajemnego odnajdywania się i jednania w duchowej podróży w przyszłość. Został przez nich zrobiony olbrzymi krok w stronę daty ślubu, który od teraz zbliża się w oszałamiającym tempie. </p>
<p>Znaki<br />
Któregoś dnia zadzwoniła Inez &#8211; Daniel, spotkajmy się zaraz chcę ci coś pokazać &#8211; Był u niej w ciągu następnych dziesięciu minut. Inez jak zwykle tryskała humorem i miłością. Ze stolika podniosła dość pokaźnych rozmiarów kopertę, wyjęła z niej dokument. Wyglądał niczym dyplom, Daniel złapał go natychmiast w ręce. Wiedział co to jest. Było to apostolskie błogosławieństwo ich ślubu, przez Ojca św. Jana Pawła II &#8211; go. </p>
<p>Oboje byli niesłychanie szczęśliwi, Daniel dodatkowo był bardzo wzruszony. Nigdy dotąd nie słyszał o możliwości otrzymania błogosławieństwa papieskiego, nie będąc w Rzymie. A jednak. Inez, wielokrotnie opowiadała o peruwiańskiej tradycji, zabiegania o takie błogosławieństwo przez narzeczonych. On jednak nigdy nie myślał o tym tak na serio. </p>
<p>Stojąc obok regału, machinalnie wziął w rękę maleńką drewnianą szkatułkę, która stała na honorowym miejscu szklannej półki &#8211; o właśnie Daniel, to jest ta szkatułka o której ci kiedyś opowiadałam. Popatrz z pod spodu, tam coś pisze, ale nie wiem w jakim to języku &#8211; zajrzał pod spód &#8211; O Boże, przecież to po polsku &#8211; &#8220;Spółdzielnia Pracy&#8230;&#8230;.&#8221; reszty nie mógł rozczytać. </p>
<p>W końcu Inez, ma już ją ponad dwadzieścia lat, wędrując z nią dookoła świata. Daniela przeszedł dziwny dreszcz. W międzyczasie, wyjęła z torebki niewielki obrazek. Przypomniała że to ten obrazek z norweskiego kościoła, na którym również coś pisze, ale ona nie ma pojęcia co. Gdy obrazek trafił do jego ręki z daleka widział napis &#8220;Jezu Ufam Tobie&#8221;<br />
- Ty wiesz że to także po Polsku &#8211; O Boże, czy to znaczy że jesteśmy sobie przeznaczeni nieomalże od mojego urodzenia?<br />
- Chyba tak &#8211; odpowiedział Daniel &#8211; Wygląda na to, że ja jestem ostatnim ogniwem twojego polskiego przeznaczenia. </p>
<p>Tak, tak. Wiem, to ty jesteś moją drugą połową pomarańczy. Wiedziałam otym od momentu naszego spotkania w księgarni. Inez mocno wtulona w jego ramiona czuła ich fizyczną jedność.  </p>
<p>Linden Place<br />
Posiadłość ta, nazywana jest &#8220;perłą w koronie&#8221; historycznego Bristol. Przeuroczego miasteczka w Rhode Island. Znajdujący się tam pałacyk został wybudowany w roku 1810 przez generała Georga DeWolfa, który swoją fortunę zbudował niestety na handlu niewolnikami. Członek rodziny DeWolf, Pomeroy Colt był założycielem United State Rubber obecnie Uniroyal czyli także znanego Goodyear Tires. Jego matka, Theodora DeWolf Colt jako Madam Colt, niczym królowa Anglii Victoria, kierowała społeczeństwem Bristolu z posiadłości Linden Place. Przylegający do pałacyku ogród wypełniony jest w wiele greckich rzeźb z brązu. </p>
<p>Znajdziemy tutaj także osiemnasto-wieczne gazebo, ulubiony obiekt nieomalże wszystkich zwiedzających. W poszukiwaniu pieniędzy pozwalających na utrzymanie obiektu, powołane w 1989 roku towarzystwo przyjaciół Linden Place, ima się różnych sposobów na zebranie pieniędzy potrzebnych do utrzymania i funkcjonowania tego historycznego obiektu. Jednym ze sbosobów jest odnajmowanie sali balowej, która mieści się w sąsiednim budynku tuż obok budynku głównego. Ponadto zezwala się za odpowiednią opłatą, przeprowadzania sesji zdjęciowych nowożeńców we wnętrzach muzealnych. I tak, w klimacie kawałka amerykańskiej historii odbywało się przyjęcie weselne Inez i Daniela. </p>
<p>Zgodnie z charakterem ich internacjonalnego małżeństwa, na przyjęciu nie zabrakło zaproszonych gości przybyłych na tę okazję z Anglii, Niemiec, Peru i Polski. Różnice narodowościowe i kulturowe, zostały skrzętnie schowane za woalką amerykańskiej demokracji i tolerancji. I tym oto sposobem narodził się nowy rozdział historii, kolejnej amerykańskiej rodziny. </p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/whofman.wordpress.com/225/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/whofman.wordpress.com/225/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/whofman.wordpress.com/225/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/whofman.wordpress.com/225/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/whofman.wordpress.com/225/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/whofman.wordpress.com/225/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/whofman.wordpress.com/225/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/whofman.wordpress.com/225/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/whofman.wordpress.com/225/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/whofman.wordpress.com/225/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/whofman.wordpress.com/225/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/whofman.wordpress.com/225/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/whofman.wordpress.com/225/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/whofman.wordpress.com/225/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=225&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://whofman.wordpress.com/2009/03/15/roznice-ktore-lacza/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="http://0.gravatar.com/avatar/6caa567a0817d38c793b77c34759373b?s=96&#38;d=identicon&#38;r=G" medium="image">
			<media:title type="html">whofman</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Delaware</title>
		<link>http://whofman.wordpress.com/2009/03/15/delaware/</link>
		<comments>http://whofman.wordpress.com/2009/03/15/delaware/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 15 Mar 2009 12:40:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Walter Hofman</dc:creator>
				<category><![CDATA[Proza]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://whofman.wordpress.com/?p=220</guid>
		<description><![CDATA[Ilu z szanownych czytelnikow potrafi jednym tchem podac nazwe stolicy stanu Delaware? podejrzewam ze niewielu.Stan Delaware to nie tylko Wilmington przez ktore to miasto zapewne wielu z panstwa mialo okazje i sposobnosc przejezdzac.To nie tylko powiat New Castle ze swoim Christiana Mall, ktory jest atrakcja dla wielu mieszkancow Filadelfii z racji swojej bezpodadkowosci.Uwzgledniajac za tym, [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=220&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ilu z szanownych czytelnikow potrafi jednym tchem podac nazwe stolicy stanu Delaware? podejrzewam ze niewielu.Stan Delaware to nie tylko Wilmington przez ktore to miasto zapewne wielu z panstwa mialo okazje i sposobnosc przejezdzac.To nie tylko powiat New Castle ze swoim Christiana Mall, ktory jest atrakcja dla wielu mieszkancow Filadelfii z racji swojej bezpodadkowosci.Uwzgledniajac za tym, ze ta czesc stanu Delaware jest nieomalze czescia skladowa wielkiej Metropolii Filadelfijskiej z roznych przyczyn i wzgledow  jest ona bardziej znana niz pozostale dwa jego  powiaty. Dlatego tez my  bedziemy kontynuowac nasza wedrowke ta czescia stanu, ktora jest moze mniej znana, ale jakze bogata w oferty, ktore dla niektorych z czytelnikow moga okazac sie niezmiernie cenne.</p>
<p>Wszystkie drogi wioda napoludnie<br />
Aby znalezc sie na polwyspie Delmarva (nazwa ta pochodzi z polaczen nazw trzech stanow  znajdujacych sie na polwyspie a to: Delaware,Maryland,Virginia) jadac droga szybkiego ruchu I-95 od strony  Filadelfii,musimy kierowac sie znakami informacyjnymi prowadzacymi nas w kierunku miasta Dover ktore jest stolica stanu Delaware.Niewatpliwym znakiem ze obralismy prawidlowy kierunek naszej podrozy,bedzie widoczny z daleka niczym potezny dwumasztowiec- most Sw.Jerzego.(St.George)przezucony przez kanal,ktory laczy zatoke Chesepeake z rzeka Delaware tworzac magistrale wodna pomiedzy przemyslem stanu Maryland a kompleksem portowym Wilmington-Filadelfia.Tuz przed wjazdem na most spotykamy podroznych z innych stanow New Jersy,New York,Vermont.Wszyscy oni podazaja w tym samym kierunku.Jeszcze jedno spojrzenie za siebie.W tyle za nami pozostalo wzmozone tetno wielkomiejskich ulic.Smrod rozgrzanych opon i przepalonego oleju.Przekraczajac kanal wjezdzamy w inny,nieznany nam do tej pory styl zycia. Styl ten zamkniety jest przez merykanow,mieszkajacych w polnocnej czyli gornej czesci stanu,w trzech slowach “lower,slower-Delaware”co oznacza dolne,powolne,Delaware.Natomiast mieszkancy poludnia uzywaja innej,nazwy,jest to “small wonder” czyli mala cudownosc.Coprawda nazwa ta odnosi sie do calego stanu ,ale wlasnie na poludniu mozemy odkryc jej kapitalne  znaczenie.Kilometrowym podjazdem zblizamy sie do wierzcholka mostu,ktorego linowe przesla przybieraja ksztalt poteznych zagli..Spogladajac zas w lewo i w prawo widzimy dwa inne zawieszone nad kanalem mosty,robiace wrazenie asysty dla naszego zaglowca. Dlugim,lagodnym i szerokim zjazdem opuszczamy most Sw.Jerzego i natychmiast znajdujemy sie na glownej arterii calego polwyspu DELMARVA,na drodze szybkiego ruchu US 13.Droga ta konczy sie na poludniowym krancu powyspu mosto-tunelem,ktory wiedzie nas nad i pod wodami zatoki CHESEPEAKE.<br />
Po kilku minutach jazdy dostrzegamy zmiany.Pierwsze to nawierzchnia   jakze inna od tej ktora jezdzimy w okolicach Filadelfii. Nie ma wpadania w dziury czy uciazliwego terkotania. Jazda ta nawirzchnia sprawia nam wyrazna przyjemnosc. Drugie to predkosc.Kazdy kierowca uwaza ze predkosc prowadzonego przez niego samochodu na drogach szybkiego ruchu,uzalezniona jest od innych uzytkownikow drogi.Co znaczy,ze jezeli ciag pojazdow w ktorym on sie znajduje porusza sie z predkoscia 70 mph, to aby uniknac zagrozenia bezpieczenstwa innych on sam musi  dostosowac sie do powyzszej predkosci, a wynika to z prawa plynnosci ruchu. Identyczne prawa wystepuja na drogach stanu Delaware,z tym ze zmieniaja sie predkosci plynnosci tego ruchu. W  Delaware predkosc ta wynosi 60-65 mph.Jednakze moja osobista rada to zachowywac max.predkosc do 63 mph.Jest to bowiem max.predkosc na drogach 55 mph.tolerowana przez tutejsza policje.Inna rada to,dojezdzajac do osiedli lub miasteczek zmniejszac predkosc do wymaganej znakami.Miejsca takie sa czesto policyjna pulapka,szczegolnie w letnie weekendy.A wiec wyposazeni w odrobine znajomosci  policyjnych nawykow i slabosci mozemy ruszac w kolejny etap naszej wedrowki drogami dolnego Delaware. Najbardziej wartosciowa, oraz najbardziej bogata we wrazenia a nastepnie wspomnienia jest wedrowka  ktora ma z gory wytyczony cel. Wowczas mozemy zboczyc z obranej drogi, zahaczajac o rozne ciekawe miejsca czy obiekty.Jednakze zawsze pamietamy o celu ktory mamay do osiagniecia. W naszej podrozy poprzez stan Delaware zastosujemy te sama technike. Jako ze lato w pelni niewatpliwie najprzyjemniejszym celem bedzie wybrzeze oceanu. Zatem spojrzmy na mape stanu, aby zlokalizowac owe miejsce. Przygladajac sie dokladnie mapie widzimy ze pwiatem przylegajacym do brzegu oceanu jest powiat Sussex, zas droga ktora biegnie idealnie wzdluz lini oceanu jest droga nr.1. Wybieramy nasz punkt docelowy.Rehoboth Beach, pierwsza miejscowosc za cyplem oddzielajacym linie zatoki Delaware od oceanu. W zwiazku z panujacym upalem,pragniemy osiagnac nasz cel jak najszybciej, dlatego tym razem zrezygnujemy z napotkanych atrakcji krajznawczych czy historycznych i bedziemy kierowac sie prosto w strone nas Po zjechaniu z mostu Sw.Jerzego droga US 13 dojezdzamy do rozwidlenia z odcinkiem nowo budowanej autostrady US 1. Wybieramy ten odcinek. Przejazd nim kosztuje jednego dolara, ale dozwolona predkosc to 65 mph i zyskujemy na czasie okolo .30 minut. A wiec majac na wzgledzie cel do ktorego tym razem dazymy to to sie oplaca. W Dover,stolicy stanu Delaware, mijamy po drodze potezna mase stadionu sportowego. Znanego w calych Stanach Zjednoczonych Dover Downs International Speedway. Tutaj odbywaja sie w czerwcu oraz wrzesniu, wyscigi samochodowe NASCAR zas w lipcu wyscigi INDY. W okresie kazdego z wyscigow na stadionie tym gromadzi sie ponad sto tysiecy milosnikow sportow samochodowych. Opuszczajac odcinek autostrady wjezdzamy na droge nr.113 mijajac Baze Lotnictwa Wojskowego. Tutaj mozemy zobaczyc najwiekszy samolot transportowy swiata C-5A GALAXY. Na terenie tej bazy znajduje sie muzeum aviacji USA. Mozna dotknac i obejrzec takie maszyny jak: C-45, C-47 czy tez C-54, mozna odbyc takze wedrowke po pokladzie maszyny C-5A wlasnie GALAXY. Opuszczamy granice miasta Dover kierujac sie coraz bardziej na poludnie. W poblizu miasteczka Milford kolejne rozwidlenie. My wybieramy droge nr.1 ktora tym razem zawiedzie nas prosto do naszego celu. Droga ta od miejscowosci Lewes zamienia sie w osmio pasmowa aleje. Po obydwuch stronach jezdni mijamy nieprzerwany ciag  pawilonow handlowych, restauracjii i turystycznych obiektow sportowych. Mijamy przysadziste, parterowe konstrukcje uroczych sklepow Outlet, najpopularniejszych firm odziezowych i kosmetycznych. Czyli krolestwo dla pan, ale i panowie znajda cos dla siebie. W sklepach calego stanu Delaware nie placi sie podatku od  zakupionych towarow. Dojezdzamy do Rehoboth Beach. Skrecamy w lewo aby znalezc sie w centrum miasteczka. Glowna ulica to szeroka jezdnia, przedzielona pasem zieleni i platnych parkingow samochodowych, sa one rowniez po obu skrajnych stronach  ulicy. Sklepy, sklepiki. Wyniesiona na zewnatrz odziez. Obrazy w ramach, bez ram. Oparte o sciany budynkow i ulicznych latarn. W powietrzu zapach pizzy i miekich precli, wymieszany z zapachem kawy i budwaisera  Ulica raptownie sie urywa, zakonczona drewnianym, poltora kilometrowym deptakiem wzdluz oceanu, ktory mimo zaru splywajacego z nieba wita nas swoim rzeskim, chlodnym oddechem   oddechem  Po rozbieganych kilku pierwszych dniach,miedzy sklepowymi polkami a nadmorskim deptakiem, dociera do nas swiadomosc ze nalezy nam sie cos wiecej niz zbawienny chlod sklepowych wnetrz.Szal chodzenia po sklepach pod pozorem kupienia pamiatek,powoli mija.Chcemy zobaczyc cos wiecej niz Outlet Mall. Zaczynamy myslec o dalszych czy blizszych wyprawach poza znane centra handlowe.I w tym momencie rozpoczyna sie nasza turystyczna przygoda  Przypomnijmy ze w trakcie podrozy do Rehoboth Beach, tuz przed naszym celem, minelismy inne miasteczko. Lewes &#8211; lezy w punktcie spotkania zatoki Delaware z Atlantykiem i posiada swoja odlegla i kolorowa historie. Jest ono uznawane za pierwsze miasto w stanie Delaware, zalozone przez holenderskich osadnikow w 1631 roku .a jego orginalna nazwa to ZWANNENDAEL (dolina labedzi) Sa tutaj dwa muzea jedno, to zalozone w 1931 roku w trzech setna rocznice Zwannendael Museum, oraz muzeum Marynistyki. Jest tutaj rowniez kompleks budynkow typowych dla okresu kolonialnego jak i budynkow utrzymanych w stylu Victorianskim z pelna gala kolorow typowych dla tego stylu. Mozna odwiedzic utrzymany w epoce gabinet lekarski czy tez zwykly wiejski sklep w ktorym na polkach odnajdziemy atmosfere minionych lat.Ale opropcz walorow naukowo poznawczych Lewes posiada rowniez ogromny wachlarz ofert turystycznych typowych dla atlantyckich miasteczek portowych. Znajduje sie tutaj park stanowy, gdzie za niewielka oplata w okresie letnim, to jest od maja do wrzesnia mozemy swobodnie korzystac ze wszystkiego co oferuje park, od plaz do kampingow.  Cape Henlopen posiada rowniez piekne miejsca widokowe na port do ktorego zawija prom pasazersko-samochodowy, laczacy Delaware z wybrzezem New Jersey czy tez mozemy obserwowac romantyczny widok latarni morskiej w promieniach wschodzacego slonca. Na amatorow wedkowania w tutejszym porcie czekaja spore ilosci lodzi i stateczkow rybackich, z ich pokladow bedzie mozna zlowic tunczyka,bialego marlina czy nawet samego rekina. A wiec okazji do przezycia wakacyjnych wrazen nie brakuje.Jednakze pod warunkiem ze opuscimy handlowe centra.<br />
Dla wielu ludzi najcudowniejsza pora roku jest jesien.Nie wazne czy to w gorach, czy nad oceanem.Liscie posiadaja ten sam zloty kolor w odcieniach jesieni,zawieszona w powietrzu pajeczyna iskrzy sie ta sama srebrna nicia przypominajac o indianskim lecie.Jednoczesnie jest ona poczatkiem sezonu, przebogatego w kolorowa iluminacje swiatel. Jest poczatkiem bardzo wczesnego sezonu Bozonarodzeniowego. Zas wieczorne spacery, beda pelne romantycznego uroku i wrazen. Nieomalze kazda z drog dolnego Delaware przebiega przez wyrebiska masywow lesnych.W zwiazku z tym, jadac wczesnym jesiennym porankiem musimy zwracac szczegolna uwage na droge.Jesien, jest bowiem poczatkiem sezonu, kiedy to nieomalze cale stada saren i jeleni pojawia sie niespodziewanie na drogach,doprowadzajac do kolizji z samochodami. Ale jelenie i sarny nie sa jedynymi niespodziewanymi uzytkownikami drogi.Nieraz zobaczymy na drogach  rozjechane przez nieuwaznych kierowcow male zwierzatka futerkowe, lisy, pizmaki. Wiele innych, ktore trudno jednak rozpoznac z jadacego samochodu. Otwarte  przestrzenie pol natomiast, wygladaja niczym potezne ladowiska dla bialych kanadyjskich gesi. Oblegaja one dziesiatki hektarow kwadratowych, pol. Tworzac rozgegana, falujaca mase. Sprawia to arcyciekawy i niesamowity widok. Wiele razy gesi sa  zmora dla wladz  wielu miasteczek. Otoz  spore ich stada siadaja sobie na pasach zieleni rozdzielajacych jezdnie w centrum tychze miasteczek.. Czyni to wiele zamieszania wsrod kirowcow, w szczegolnosci turystow z innych stanow. Wschodzace slonce w przecudowny sposob podswietla mijane lasy, nadajac im kolorowego dostojenstwa i plonacego piekna. Wdychajac gleboko to piekno, wymieszane z rzeskoscia poranku, czujemy jak wypelniamy sie otaczajaca nas energia. Rozpiera nas radosc i przyjazny stosunek do wszyskiego co mijamy po drodze.Nieomalze wszyskie zabudowania domowe sa ustrojone jesiennie, tzn. w zaleznosci od pomyslow wykozystane sa pampkiny, chryzantemy w wielu odmianach cudownych kolorow. Przenajrozniejsze slomianno-szmacianne strachy na kiju, czy dziesiatki lekkich fruwajek zawieszonych miedzy galeziami drzew, a imitujacych duchy i duszki. Dodajac do tego zawieszone w oknach badz drzwiach wejsciowych domow, przenajrozniejsze Hollowinowe strachy, zdajemy sobie sprawe ze weszlismy w jakis szczegolny okres tej pory roku. Okres ten trwal bedzie do ostatniego czwartku listopada, czyli do swieta dziekczynienia.Nieomalze w tym jednym dniu, wymieniony zostanie sezon kolorowych lasow i pol na szaroge deszczowych dni. Przejmujaco zimnych wiatrow, wczesno zimowej pogody.<br />
Walter Hofman</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/whofman.wordpress.com/220/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/whofman.wordpress.com/220/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/whofman.wordpress.com/220/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/whofman.wordpress.com/220/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/whofman.wordpress.com/220/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/whofman.wordpress.com/220/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/whofman.wordpress.com/220/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/whofman.wordpress.com/220/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/whofman.wordpress.com/220/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/whofman.wordpress.com/220/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/whofman.wordpress.com/220/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/whofman.wordpress.com/220/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/whofman.wordpress.com/220/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/whofman.wordpress.com/220/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=220&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://whofman.wordpress.com/2009/03/15/delaware/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="http://0.gravatar.com/avatar/6caa567a0817d38c793b77c34759373b?s=96&#38;d=identicon&#38;r=G" medium="image">
			<media:title type="html">whofman</media:title>
		</media:content>
	</item>
		<item>
		<title>Milosc Cynika</title>
		<link>http://whofman.wordpress.com/2009/03/14/milosc-cynika/</link>
		<comments>http://whofman.wordpress.com/2009/03/14/milosc-cynika/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 14 Mar 2009 23:13:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Walter Hofman</dc:creator>
				<category><![CDATA[Poezja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://whofman.wordpress.com/?p=217</guid>
		<description><![CDATA[Nie patrz - na mnie tak więcej. Nie szukaj siebie, w moim sercu. Nie myśl, że moja dusza, z gardła wyskoczy. Bo ty, uklękłaś przede mną. Nie chcę już nic - od ciebie. Ni twoich skarg, ani przyrzeczeń twoich. Nie chcę - od ciebie słów, gorących spojrzeń w oczy. Ale możesz dać jedno. Pytasz co? [...]<img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=217&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie patrz -<br />
na mnie tak więcej.<br />
Nie szukaj siebie,<br />
w moim sercu.<br />
Nie myśl, że moja dusza,<br />
z gardła wyskoczy.<br />
Bo ty,<br />
uklękłaś przede mną.</p>
<p>Nie chcę już nic -<br />
od ciebie.<br />
Ni twoich skarg,<br />
ani przyrzeczeń twoich.<br />
Nie chcę -<br />
od ciebie słów,<br />
gorących spojrzeń w oczy.<br />
Ale możesz dać jedno.</p>
<p>Pytasz co? &#8211; Zgadnij!<br />
Odpowiem.<br />
Skoro prosisz.<br />
Daj mi siebie.<br />
W bezwarunkowej,<br />
absolutnej miłości.<br />
Którą na pewno wezmę.</p>
<br />  <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gocomments/whofman.wordpress.com/217/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/comments/whofman.wordpress.com/217/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godelicious/whofman.wordpress.com/217/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/delicious/whofman.wordpress.com/217/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gofacebook/whofman.wordpress.com/217/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/facebook/whofman.wordpress.com/217/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gotwitter/whofman.wordpress.com/217/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/twitter/whofman.wordpress.com/217/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/gostumble/whofman.wordpress.com/217/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/stumble/whofman.wordpress.com/217/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/godigg/whofman.wordpress.com/217/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/digg/whofman.wordpress.com/217/" /></a> <a rel="nofollow" href="http://feeds.wordpress.com/1.0/goreddit/whofman.wordpress.com/217/"><img alt="" border="0" src="http://feeds.wordpress.com/1.0/reddit/whofman.wordpress.com/217/" /></a> <img alt="" border="0" src="http://stats.wordpress.com/b.gif?host=whofman.wordpress.com&amp;blog=6936526&amp;post=217&amp;subd=whofman&amp;ref=&amp;feed=1" width="1" height="1" />]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://whofman.wordpress.com/2009/03/14/milosc-cynika/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
	
		<media:content url="http://0.gravatar.com/avatar/6caa567a0817d38c793b77c34759373b?s=96&#38;d=identicon&#38;r=G" medium="image">
			<media:title type="html">whofman</media:title>
		</media:content>
	</item>
	</channel>
</rss>
